poniedziałek, 2 września 2013

epilog.

Piłka meczowa. Trzy punkty przewagi. Spotkanie decydujące o dwóch najważniejszych krążkach. Prażące i ogarniające wszystko dookoła słońce w Mysłowicach. Palący w nogi piasek wysypany na zarezerwowany teren. Charakterystyczne okrzyki polskiej publiki mówiące o ostatnim punkcie. I ten szeroki uśmiech kwitnący na twarzy Bartmana. A jeszcze niedawno staliście w punkcie wyjścia, przygotowywaliście się do najważniejszego turnieju w młodzieńczym życiu jak podstawówka. Jednak czy kmiotki z najniższej w randze szkoły zaszłyby tak daleko?
Idealne przyjęcie, idealna wystawa, idealny atak w końcową linię boiska. Szał na trybunach, nawet niezapełnionych biało-czerwonymi barwami, krzyki radości wydobywające się z twoich i Zbyszkowych ust, szerokie ramiona trenera obejmujące cię na tułowiu, skandowanie podziękowań. To wszystko było niepotrzebne. Niepotrzebne przy melodii Mazurka Dąbrowskiego, narodowej fladze na najwyższym palu i złotym medalu dyndającym na szyi. Inni pracują na taki sukces latami. Ty osiągnąłeś swój główny cel w kilkanaście tygodni. Pogmatwanych, przeplatanych dziwnymi i niezrozumiałymi sytuacjami.
- Misiek? - podekscytowany głos przyjaciela wyrwał cię z amoku, tak jak uśmiechnięta twarz jego nowej dziewczyny, Gośki, zupełnie odmiennej od wiecznie puszącej się Pauliny. - Idziemy się czegoś napić?
- A szef pozwolił na alkohol?
- Po tak zjawiskowej wygranej pozwoliłby nawet w tym momencie skoczyć ci z samolotu bez zabezpieczenia!
- Nie potrzebuję aż takich atrakcji. Chcę tylko jednego.
- Mianowicie? - jego rozszerzone źrenice przerażały o wiele bardziej niż zwykle.
- Numerów do wszystkich łatwych panienek. Potrzebuję przyjemności z tej damskiej strony.
- Wracasz na stare tory?
- Nigdy z nich nie zboczyłem.
- A Anastazja?
Nic w tobie nie drgnęło. Serce, dłonie, neurony. Co najwyżej kąciki ust.
- Nie moglibyśmy wymazać jej z pamięci i żyć tak, jakby nigdy nie zagościła przede wszystkim w moim życiu?
- Dlaczego?
- Bo to zwykła suka była.

Nigdy w życiu nie odważyłabyś się na ponowne podziwianie jego jeszcze bardziej opalonej twarzy. Nie dlatego, że przywoływał w twojej głowie sprzeczne emocje i dziwnie nieprzyjemne wspomnienia. Nigdy nie lubiłaś siatkówki. Jednakże w towarzystwie kuzyna, pragnącego zostać siatkarzem, nie miałaś nic do powiedzenia.
- Ana, twoja mama dzwoniła. Pytała, kiedy w końcu wrócisz do domu - buźka Miłosza z telefonem w ręku pojawiła się na progu salonu.
- Jak mi się zachce.
- Ale wiesz, że nie możesz tu siedzieć w nieskończoność? Bez zgody twoich rodziców to niezgodne z prawem.
- Łamanie prawa to moja specjalność, nie sądzisz?
Nie odpowiedział, najwidoczniej uznając to pytanie za retoryczne. Zamiast silić się na jakiś moralny wywód, usadowił się obok ciebie, pociągając łyk coli już z czwartej butelki.
- Dobrzy są, prawda?
- Mnie się pytasz? Ja się na tym nawet nie znam.
- Pieprzysz. Każdy głupi ma jakiekolwiek pojęcie o siatkówce - kolejny łyk napoju, kolejne wyłamywane przez niego palce. - Ale są dobrzy z urody, nie?
- Jesteś gejem? - spojrzałaś na niego z kpiną w niebieskich oczach.
- Chodziło mi raczej o naprowadzenie cię na właściwy temat.
- Grząski temat wybrałeś, Miłoszku.
- Czyżby?
- A uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedziała, że oboje trenowali w moim rodzinnym Szczecinie i z jednym z nich połączyły mnie niesentymentalne relacje?
- Uwierzyłbym, jeślibyście tworzyli piękną i niewidzącą poza sobą świata parę.
Zaśmiałaś się. Ty i miłość? Dwa pojęcia w ogóle niewspółgrające ze sobą. Jak woda i ogień. A on nie zaczaił, skąd u ciebie ten wybuch radości.
- My razem? Świat by pewnie stanął na głowie, nie tylko ten ludzki, również ten siatkarski.
- Dlaczego?
- Bo to zwykły skurwiel był.

***
a nie mówiłam, że epilog będzie dziwny? do tej pory go nie ogarnęłam.
ogromne 'przepraszam' kieruję w stronę tych, które liczyły na zupełnie inne potoczenie się losów Anastazji i Michała. ale tak być musiało. w innym wypadku ten blog nie nazywałby się 'hipotermia'. bo o znienawidzonych w pisaniu słodkich zakończeniach chyba nie muszę wspominać?

nie mogę tak. nieprzespana noc mi to uświadomiła.
przepraszam, że tak wyszło. nie chciałam. nie wiem, co mną kierowało, dlaczego się na to tak z dnia na dzień zdecydowałam. nie planowałam tego. to było spontaniczne. bałam się. bałam się, że przez blogowanie stracę miłość życia, że skończę jak ta przysłowiowa stara panna z kotem. ale on to rozumie. bez niego chyba bym naprawdę zniknęła i zostawiła to hen za sobą. on mnie do tego przekonał. on i Pati. i ja rozumiem, że póki mogę pisać, nie potrafię tego tak po prostu oddać w czyjeś ręce i zapomnieć. jestem zbyt mocno przywiązana do tego świata.
wybaczcie to zamieszanie, mam nadzieję, że mi wybaczycie. choć ja sama bym sobie chyba nie wybaczyła.
będę tu. może i nie zawsze w porę, może i z makabrycznymi zaległościami, ale będę. bo to już wpisana w codzienną choreografię część mojego życia.
zapomnijcie o wczorajszym dniu, tak jak ja postaram się zapomnieć o pierdoleniu pod wpływem strachu.
mam świetnego faceta i świetne czytelniczki, tego się trzymajmy <3

czwartek, 29 sierpnia 2013

hipotermicznie - #8.

- Dzisiaj nie mamy pierwszego kwietnia - wysyczałeś głosem nasyconym typową ironią, trzaskając portfelem tuż przed mieniem przyjaciela. - Gdzie, do kurwy nędzy, jest moja kasa, Bartman?!
- Mnie pytasz? Mnie? - podniósł tyłek z łóżka, aby patrzeć zielonymi oczami wprost w twój stanowczy wzrok. - Nie powinieneś zmienić osoby co do oskarżeń? Nie powinieneś wkurwiać się na nią, na tę twoją fałszywą cizię?
- Czemu miałbym obwiniać ją? Ty ze mną mieszkasz, nie ona, ty wiesz, gdzie wegetują moje przedmioty, w tym i portfel, nie ona.
- I mi wczoraj dałeś kasę, a nie jej? - zbił cię z pantałyku. Przecież go tutaj nie było. Nie widział tego momentu, tej poniekąd transakcji.
- Skąd to, kurwa, wiesz?!
- A myślisz, że ciężko zauważyć idiotkę z banknotami w ręce? - pierwszy raz od początku konwersacji przeniosłeś spojrzenie na cokolwiek innego niż postać Zbyszka. Nie dlatego, że bałeś się przyznać do błędu. Nie wiedziałeś, jak zareagujesz. Jak on zareaguje. - Nie kochasz jej. Nie czujesz do niej niczego więcej oprócz tego pierdolonego pożądania. Nie zależy ci na niej. Ale czy to obliguje cię do zrezygnowania ze zdrowego myślenia i czujności? Przejrzyj na oczy. Nawet kurewsko dziwna znajomość nie jest tego warta.
Miałeś ochotę strzelić mu w mordę i wywołać podrażnienie na gładkim policzku. Miałeś ochotę kłócić się z nim jak w tych gównianych serialach na Polsacie i wyjść, teatralnie trzaskając drzwiami. Miałeś ochotę pobić się z nim jak z kolegami za czasów gimnazjum, w tamtym przypadku nawet za ostatniego zjedzonego chipsa. Jednak ta ochota z każdą przemijającą sekundą topniała. Bo miał rację. Takim dziwnym trafem.
- Powiedz trenerowi, że niedługo wrócę - nic więcej nie wyjawiłeś. Wsunąłeś adidasy na stopy i skierowałeś się do wyjścia.
- Gdzie leziesz? Przecież w każdej chwili możemy wracać do Warszawy!
- Idę po swoją własność. A przynajmniej spróbuję ją odzyskać.
Znowu padało. Deszcz siekał niebo niemiłosiernie, obciążał ciężkimi kroplami liście, moczył wszystko, w tym również i ciebie. Tak jak ty moczyłeś swe serce w wirze nienawiści.
Żałowałeś, że nie wyżuliłeś od niej adresu. Nie musiałbyś się bujać po mieście, szukać jej po najgorszych melinach i klubach, i tak przewidując, że nie napotkasz w żadnym z tych miejsc jej osoby. Na co liczyłeś? Że Bóg pozwoli ci się zemścić? Że postawi ją na twej drodze, tak po prostu, tak za darmo?
Los był milszy od Najwyższego. Poniekąd. O ile jej postać ciągnąca ogromną walizkę w kierunku budynku dworca, obok którego biedowałeś, można uznać za jego zrządzenie.
- Anastazja! - wiedziałeś, że słyszała. Jej głowa skierowana w twoją stronę, a następnie szybsze kroki w kierunku peronu pozwoliły ci tak myśleć. - Kurwa mać, stój!
Biegłeś ile sił w nogach. Ale i tak nie zdążyłeś. Widziałeś tylko konduktora wsiadającego tuż po gwiździe do pociągu, jej wilgotne blond włosy tuż za szybą i nazwę miasta ulokowaną na górze ostatniego wagonu. Kielce.
Nawet się nie pożegnała. Nawet ty jej nie pożegnałeś.

Wypełniona do granic możliwości portmonetka. Jednostronny bilet do świętokrzyskiego miasta. Zawalona ciuchami, kosmetykami, różnymi przedmiotami codziennego użytku i książkami walizka. Pomysł z piekła rodem. I zero świadomości ze strony rodziców.
Specjalnie wybrałaś ciotkę Zniszczoł, wiedząc, że jej stosunki z twoimi rodzicami nie stoją na najwyższym poziomie kultury i zrozumienia. Nie tłumaczyłaś się zbyt długo. Zapytałaś, czy możesz do niej przybyć na jakiś czas, oderwać się od szczecińskiej rzeczywistości. Brak wiedzy rodzicieli nie miał w tym momencie znaczenia. Może dlatego zgodziła się bez chwili zawahania?
Powinnaś być w szkole, powinnaś znowu stać przy tablicy na matmie i patrzeć na nią jak cielę na malowane wrota. Powinnaś włóczyć się później po skąpanym w deszczu mieście, jak zwykle zwiewając z geografii. Powinnaś wieczorem znowu wyleźć przez okno i nie maltretować swych bębenków usznych kłótniami matki i ojca. Powinnaś. A ty znów nadużywałaś ich zaufania. Znowu im uciekałaś. Tym razem na dłużej.
Krocząc przez Szczecin ani razu nie napadły cię wątpliwości. Czy nie postępowałaś jak typowa gówniara, która nie potrafi w cywilizowany sposób poradzić sobie z problemami? Czy nie mogłaś się uczyć, chociażby sporadycznie, jak większość licealistów? Czy znalezienie drugiej połówki, kogoś, komu zawsze można się zwierzyć, było zadaniem nie do wykonania? Czy kolejnego chłopaka musiałaś potraktować jak zabawkę, a po wypruciu z niego puchu porzucić go w kąt i o nim zapomnieć?
Inne dręczyłyby wyrzuty sumienia. Ciebie nie. Nie Anastazję Zniszczoł, najtwardszą sztukę w mieście o najbardziej skutym wiecznym lodem sercu. Sztukę bez żadnych kompromisów.
Jeszcze kilkanaście kroków do tymczasowego miejsca twojego mentalnego ukojenia. Kilkadziesiąt sekund do znalezienia się w pojeździe, który zawiezie cię do prywatnego raju. I ta jedna sekunda poświęcona na oddaloną twarz Michała. Bynajmniej zmartwionego i rozczulonego.
- Anastazja! Kurwa mać, stój!
Nie odpowiedziałaś. Zwiałaś. Bez słów wytłumaczenia, bez przeprosin, bez żadnego wyrazu przepływającego przez gardło. Biegłaś z ciężarem uwieszonym na rękach do właściwego pociągu, niemalże czując jego zbliżającą się postać tuż za plecami. Zdążyłaś nie tylko mu uciec. Zdążyłaś również władować się do startującej już maszyny. I mogłaś dziękować Bogu, że konduktor zaczekał za twoją zdesperowaną osobą. Mimo iż w Boga nie wierzyłaś.
- Ciociu, jestem już w pociągu.
- Cała i zdrowa?
- Nie inaczej.
- To świetnie. Daj znać, kiedy będziesz w okolicy Kielc, wyjadę po ciebie.
-Nie ma sprawy.
Ani śniło ci się na niego spojrzeć. Musiałabyś postradać zmysły, zamienić się charakterem z jakimś chodzącym po ziemi aniołem i w logiczny sposób mu wszystko wyjaśnić. Musiałabyś nie być sobą.
I ani śniło ci się z nim żegnać. Bo to tylko człowiek. Jak siedem miliardów innych wegetujących na tej planecie.

***
czas się pomalutku żegnać. został nam tylko epilog. dziwny epilog.
cholera, jak mi tego będzie brakowało.
te krótsze opowiadania zawsze mają dla mnie większe znaczenie.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

hipotermicznie - #7.

Gdyby stał obok ciebie światowej klasy muzyk z wybitnie dobrym wyczuciem rytmu, uznałby, że twoje wrzucanie butów w identycznym odcinku czasowym co grzmoty za oknem można podpiąć pod nowoczesną, skąpaną codziennością melodię. On tak by to określił. A ty? Dla ciebie było to zwyczajne pakowanie w nieco przyśpieszonym tempie, nie biorąc pod uwagę zachowania higieny i porządku. W końcu połączenie adidasów z jeszcze nieużywaną bielizną nie jest zbyt inteligentne. Najpierw musiałbyś tę inteligencję pozaboiskową mieć. A nie miałeś.
Kilka mocnych uderzeń we frontowe drzwi. Nie otworzyłeś. Nie dlatego, że nie chciałeś. Bartman cię wyprzedził, znudzony od co najmniej kilkunastu minut. Pogalopował pod wejście błyskawicznie, z takim tempem jak te autentyczne błyskawice za oknem, i pociągnął za klamkę. Nic nie powiedział. Gość po drugiej stronie też nie. Usłyszałeś jedynie donośne stukanie czyiś ciężkich buciorów tuż za plecami. Dopiero woń delikatnych perfum uświadomiła ci, kto zawitał w wasze skromne progi.
Bez żadnych wyjaśnień, zupełnie jak Zbyszek opuszczający niewielki pokój, z namiętnością wpiła się w twoje usta. A ty, nawet początkowo oszołomiony, automatycznie oddałeś żarliwy pocałunek. Mimo iż nie rozumiałeś postępowania swojego serca, mimo iż nie wiedziałeś, dlaczego rozum nie potrafi określić Anastazji jako dojrzewającej dziewczyny, kandydatki na partnerkę, a jedynie jako obiekt pożądania, chodzące zaspokojenie twoich żądz, lubiłeś trzymać ją w ramionach, lubiłeś spijać tę wilgotność z jej warg, poniekąd pomieszaną ze szczyptą cynamonu osadzonego na ich strukturze.
- Pożycz mi trochę kasy - nie prosiła, nie pytała. Odebrałeś to bardziej jako rozkaz. Bynajmniej nie było to zdanie oznajmujące.
- Na co?
- Muszę wyjaśniać? Po prostu potrzebuję.
- Starzy zbankrutowali? - zmrużyłeś złośliwie oczy. Powinno ją to zaboleć. A nie zabolało. Wręcz przeciwnie.
- Dobrze by było, może brak forsy również przyczyniłby się do zainteresowania moją osobą. To pożyczysz?
Nie rozumiałeś. Nie złapałeś kontekstu. Może nie chciałeś? Zagłębianie się w dalsze tajniki życia blondynki w ogóle ci się nie uśmiechało.
- Nadal nie wiem, na co ci ona potrzebna.
- Na wyjazd, Miśku. Na wyjazd w Polskę.
- Zaplanowany, mam rozumieć?
- Powiedzmy. I tak byś nie zatrybił.
- Nawet nie mam ochoty.
Na pewno nie było ci jej żal. Tobie nigdy nikogo nie było żal. Więc dlaczego dałeś jej te cholerne pieniądze? Coś tobą kierowało, coś obcego, dziwnego. Jakieś nowe kurewstwo, którego jeszcze nie zdążyłeś w dosadny sposób poznać.
- Jak mam ci za to podziękować? - rzuciła ci się na szyję, tocząc niebieską wojnę na spojrzenia.
- Wiesz jak.
Zrozumiała. Zrozumiała szybciej, niż mogłeś się spodziewać. I o wiele szybciej uczyniła swoją powinność. Nawet nie zdążyłeś się nacieszyć ciągnięciem za jej długie włosy, niezbyt mocnym biciem po jej słodkiej i obleganej buźce, szeptaniem niesamowicie wulgarnych słów na ucho. Doszedłeś w niecałe dwie minuty. Doszedłeś i padłeś jak długi na łóżko. A ona wyszła, tak po prostu, wpierw szastając jeszcze czymś w okolicy korytarza. Skąd mogłeś wiedzieć, że chodziło jej o resztę twoich oszczędności?

Gdybyś była słodką dziewczynką, najprawdopodobniej przeprosiłabyś rodziców za swoje zachowanie, poprosiła o wybaczenie i wróciła do poprzedniego, zupełnie normalnego trybu życia. Gdybyś była grzeczną dziewczynką, nie poszłabyś do poznanego przed kilkoma dniami chłopaka, nie zażądała pieniędzy i nie doprowadziła jego członka do fazy ekstazy w ramach wdzięczności. Gdybyś była dobrze wychowana, nie wyżuliłabyś, oczywiście bez wiedzy właściciela, jeszcze kilkunastu banknotów. Nie byłaś ani słodka, ani grzeczna, ani dobrze wychowana. Może właśnie dlatego akurat kroczyłaś z pliczkiem zielonych w jednej dłoni, z niezapalonym papierosem w drugiej i smakiem jego nasienia w ustach?
- Matka wie, że puszczasz się na lewo i prawo? - zagrodził ci jedyne wyjście. I tym momencie żałowałaś, że nie zamieszkali w jakimś bardziej ekskluzywnym hotelu, chociażby z windą. Oszczędziłabyś sobie nie tylko problemu. Oszczędziłabyś sobie również patrzenie na jego wygięte w wojowniczym uśmiechu wargi.
- Jeżeli puszczanie się dla ciebie oznacza kontakt fizyczny z tylko jednym facetem w danym okresie czasu, to gratuluję znajomości definicji tego słowa.
Próbowałaś się przecisnąć pod jego ramieniem, próbowałaś go przepchnąć, choć nieznacznie odsunąć od granicy schodów. Na marne. Był za wielki, za silny.
- Nie rób ze mnie idioty.
- Nie muszę, i tak nim jesteś.
Zdenerwowałaś go. Nie, ty go wkurwiłaś, i to tak porządnie. Skutki tego otrzymałaś w postaci mocnego uścisku na nadgarstku i spojrzenia ciskającego pioruny.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?! - naskoczył na ciebie automatycznie, jeszcze bardziej zaciskając palce na zakończeniu twojej dłoni.
- Mogłabym powiedzieć to samo o twoim zachowaniu. Gówno ci do tego, co robię, z kim i po co!
- Faktycznie. Miałbym to w dupie, gdyby chodziło o byle gnojka. A tu chodzi o mojego przyjaciela, nie pozwolę ci zrobić marmolady z jego mózgu! Nie pozwolę ci bawić się jego kosztem!
- Trochę już na to za późno, nie sądzisz? - uśmiechnęłaś się cynicznie, w końcu wyrywając rękę z uścisku. - Poza tym, nie zrobiłam żadnej marmolady w jego słodkiej łepetynce. Nie jest aż tak głupi, aby mi całkowicie ulec.
- Nie? To co w tym momencie zrobił?! Zamienił się charakterem z prezesem Caritasu?!
- Przysługę. Wet za wet.
- Nie wierzę. Nie wierzę, że dał ci tę kasę tak bezpodstawnie, tak z dobroci serca. Nie wierzę, że tak szybko cię do siebie dopuścił.
- To uwierz, kretynie. Uwierz, że jesteśmy tacy sami, że odpłacamy pięknym za nadobne. Uwierz, że jesteśmy bezuczuciowi, że pierdolimy wszelkie miłości, związki i inne tego typu pierdoły.
Uwierzył? Pewnie nie. Ale przynajmniej cię puścił, pozwolił ci odejść. Pozwolił ci wrócić do miejsca, które nazywałaś domem. Przynajmniej do tego dnia.

***
to jest popierdolone, wiem.
ale takie miało być już od początku.
coś krótkie wyszło.

jak przyjemnie patrzeć w ekranik laptopa. *.*
choć na zatrważającą ilość zaległości i malejącego wolnego czasu już nie tak przyjemnie. 

czwartek, 22 sierpnia 2013

hipotermicznie - #6.

- Szczecin chyba nas nie lubi - wybąkał trener, w końcu odrywając swe spierzchnięte usta od kubka z parującą cieczą.
- A nie raczej panująca tu pogoda? - mruknąłeś pod nosem, choć i tak wiedziałeś, że słuch głównodowodzącego stoi na zbyt wysokim poziomie, aby tego nie wyłapać.
- Jeden pies. Można podpiąć jedno pod drugie.
Chciałeś zaprzeczyć, chciałeś pokręcić głową z dezaprobatą, że to niewłaściwe podpięcie, niezbyt dopasowane połączenie. Nie zrobiłeś tego. Nic nie powiedziałeś. Sam nie wiedziałeś dlaczego. Może aby nie zirytować jeszcze bardziej trenera, już chyba wystarczająco wytrąconego z równowagi poprzez anomalię na zewnątrz?
- Wiesz co, Michale? Czasami żałuję, że w siatkówkę plażową nie gra się na hali.
- Wtedy straciłaby swój cały urok.
- Ale i pogoda nie odebrałaby nam tej przyjemności trenowania. Marnie widzę te Mistrzostwa Europy.
- Zdążymy się przygotować, obiecuję.
- No pewnie. O ile wydłużysz dwa dni naszego pobytu tutaj do co najmniej pięciu.
Gdybyś mógł, zrobiłbyś to. Nie wahałbyś się ani sekundy. Siatkówka od początku była dla ciebie najważniejsza, robiłeś wszystko, aby być jej jak najlepszą częścią, tworzyć jej historię, chociażby plażową. Ale co miałeś do powiedzenia deszczom, burzom, silnym wiatrom? Co mogłeś zrobić względem wyznacznika twojego zawodowego spędzania czasu, względem aury panującej na zewnątrz? Nic, kompletnie nic. Jedynie odmówić jakieś szamańskie modlitwy odganiające paskudną pogodę.
- Co teraz, trenerze?
- Praktycznie rzecz biorąc to nic. Zapowiadają jeszcze większe załamanie pogodowe. Siedzimy tu raczej na marne.
- Czyli co, wracamy do Warszawy? - zaszokowała cię wcześniejsza wypowiedź głównodowodzącego. Nawet nie przyzwyczaiłeś się do tego miasta, do tych ludzi. Do niej.
- Jeśli jutro znów poleje się wodospad z nieba, to tak, wracamy.
Nie odpowiedziałeś. Iście wkurzony pomaszerowałeś do swojego pokoju. Właściwie już nie swojego. Waszego, twojego i Bartmana. Zwalił ci się na głowę po wyjeździe Pauliny. A tobie jakoś to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Cieszyłeś się, że odzyskujesz przyjaciela, kogoś, kto od zawsze był i będzie jedną z najbliższych ci osób.
Zbyszek z nogami na bocznym stoliku wylegiwał się na łóżku, wertując swoje ulubione gazetki, tym razem nie z paniami rozebranymi jak do rosołu. Machinalnie podskoczył i wprawił mebel w lekkie dygotanie po twoim solidnym trzaśnięciu drzwiami.
- Coś ty taki wkurwiony?
- A patrzyłeś przez okno?
- Patrzyłem.
- To już wiesz dlaczego.
- Jakoś wcześniej aż tak ci pogoda nie przeszkadzała - zmrużył oczy, układając brwi w komiczną falę. Zawsze układały się komicznie.
- Bo wcześniej przez nią nie musieliśmy opuścić Szczecina. Zapakuj się w razie czego, najprawdopodobniej jutro wyjeżdżamy.
- Pierdolisz.
- Chciałbym.
Bezustannie otwierał usta i bezustannie je zatrzaskiwał. Próbował coś powiedzieć, próbował coś z siebie wyrzucić, ale nie mógł. Coś go gryzło, coś mu na to nie pozwalało. Do czasu.
- Co z tą twoją Anastazją? - bąknął niemrawo, lustrując twoją reakcję intensywnie zielonym spojrzeniem.
- Nic, a co ma być? - nie poczułeś się urażony, zdenerwowany takim pytaniem. Bynajmniej. Gdybyś cokolwiek poczuł, cokolwiek pozytywnego, można by było uznać ten dzień za dzień święty. Święty dla ciebie.
- Nie zależy ci na niej?
- Zależałoby.
- To czemu mówisz w czasie przyszłym?
- Bo najpierw musiałbym znać definicję tego słowa. A nie znam. I póki co nie chcę poznawać.

Przygryzałaś z taką intensywnością wargę, że aż czułaś posmak krwi w ustach, czułaś jej pękającą strukturę. Wierciłaś wzrokiem w kuchennym blacie, blacie, na którym leżało źródło twojego chwilowego zażenowania, bólu, własnej głupoty. Nawet nie odważyłaś się podnieść wzroku, pierwszy raz od hen wieków. Zrozumiałaś swój błąd? Bynajmniej. Bałaś się. Bałaś się, że po tym wszystkim skończy się to, co dla ciebie miało największe znaczenie. Skończą się opierdalanie i wieczna przyjemność.
- Wyjaśnij mi to, Anastazjo, proszę - jeszcze bardziej zacisnęłaś zęby na wardze, słysząc załamanie w głosie matki i jej pociąganie nosem.
- A co tu jest do wyjaśniania? Masz wszystko czarno na białym napisane.
- Chcę tylko wiedzieć dlaczego. Dlaczego znowu wagarujesz, dlaczego spotykasz się z jakimiś chłopakami, o których nie mamy pojęcia, dlaczego palisz i przede wszystkim dlaczego musimy dowiadywać się o tym od wychowawcy, a nie od ciebie.
- Może dlatego, że w ogóle ze mną nie rozmawiacie? - warknęłaś, przybierając ofensywną postawę. - Może dlatego, że obchodzą was tylko oceny i zachowanie, a nie moje szczęście?
- Przecież nigdy tak nie postępowaliśmy, córeczko! - wybałuszyła swe niebieskie oczy, pięściami uderzając o główną fakturę stołu.
- Cały czas tak postępujecie, tylko nie umiecie tego zauważyć. Jesteście tak ślepo zapatrzeni w te swoje cholerne ideały, że już nie potraficie odróżnić, kiedy wasza córka ma problemy, kiedy sobie nie radzi.
- Jak mamy odróżnić, skoro ty nam nic nie mówisz?!
- Bo o nic nie pytacie, w ogóle się mną nie interesujecie! Najlepiej chyba wam przynieść pokwitowanie z najlepszymi ocenami, wtedy będziecie najszczęśliwsi na świecie, prawda? I gówno was będzie obchodziło, ile tak naprawdę wycierpiałam, co przeżywałam, co robiłam poza szkołą!
- Anastazja! - na nic zdało się jej nawoływanie. Uciekałaś, uciekałaś do swojego małego królestwa.
- Daj mi spokój!
Czasami chciałabyś potrafić płakać. Czasami chciałabyś mieć tak kruszącą się psychikę, tak mało asertywności i bronienia własnego zdania. Żałowałaś, że nie byłaś flegmatykiem. Żałowałaś, że nie urodziłaś się ciepłą kluchą z charakteru. Może wtedy byłoby inaczej? Może poprzez intensywne beczenie w każdym możliwym miejscu na kuli ziemskiej stałabyś się w końcu obiektem zainteresowania u rodziców?
Zwiałaś. Wylazłaś przez okno, kiedy awantura na parterze osiągnęła apogeum. Może tym razem, ten jeden jedyny raz, zauważą, że ciebie nie ma? Szanse na to były marne. Ale nadzieja zawsze umiera ostania.
- Dziewczynka do kogo? - zacisnęłaś pięści, słysząc tak przepełnione ironią pytanie. Nie zdziwiłabyś się, gdyby padło ze strony faceta. Ze strony kobiety - owszem.
- Do Michała. Michała Kubiaka.
- Pozwolenie na spotkanie jest? - wkurwiała cię. Wkurwiała cię nie tylko swoim wymyślnymi frazami. Wkurwiała samym bytem.
- Może jeszcze wizytówkę pokazać? Może jeszcze pani bilet skasuje?
- Żebyś się nie zdziwiła, smarkulo.
- Pani również, jak złożę zażalenie.
Zazgrzytała zębami, ale podała ci numer pokoju. Wędrowałaś po schodach, sama nie wiedząc, po co tu przyszłaś. Bo nikt inny nie wprawiał cię w tak dziwne emocje jak Michał? Tak, to chyba dobre wytłumaczenie.

***
zbliżamy się do końca.
gładko przyszło, gładko poszło.
ale za to świetnie mi się to pisało, tę historię Michała i Anastazji, chyba pierwszy raz od hen wieków.

o następnym już raczej poinformuję. :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

hipotermicznie - #5.

- Co za chujowa pogoda - wymruczałeś pod nosem, długimi palcami podążając za spływającymi pionowo kroplami deszczu. Od dzieciaka nie znosiłeś takiej pogody. Zawsze psuła ci zabawę, niszczyła uklepane babki z piasku, rujnowała wydrążone tory dla plastikowych samochodzików. A teraz? Teraz przypominała ci o wczorajszym wieczorze. Miłym? Poniekąd tak. Poniekąd.
- Zajebista, nie? - Bartman zmaterializował się obok ciebie, intensywnie mieląc banana zębami. - A tak cholernie chciało mi się pograć.
- Myślałem, że od niedawna wolisz pukać Paulinę niż piłkę od siatkówki, że tylko to wychudzone babsko się liczy - uśmiechnąłeś się ironicznie. Lubiłeś trafiać w czułe punkty.
- To miało być śmieszne? - widziałeś kątem oka, jak machinalnie wypycha żuchwę do przodu ze złości, ciskając wzrokiem pioruny. Zawsze tak robił. I zawsze z takim samym skutkiem. Kontrofensywą. - Wychudzona? Sam wczoraj podrywałeś chodzący szkielet z miotłą na głowie o kolorze blond!
- Anastazja ma coś takiego w sobie, co nie pozwala skupiać się tylko na szczupłości.
- Fajki w kieszeniach i darmową autostradę między nogami?
- Twój damski odpowiednik, nie sądzisz?
Zamilknął. Może nie dlatego, że trafiłeś w samo sedno. Chyba po prostu zabrakło mu argumentów. Przynajmniej takich, które nie odwróciłyby się przeciwko niemu. Patrzyliście w ciszy, przerywanej jedynie przez jego spazmatyczne oddechy i twoje wyłamywanie palców, na pioruny przecinające niebo, ogromne krople deszczu wręcz drążące dziury w liściach najbliższego drzewa i niszczące fakturę parapetu, na silny wiatr wprawiający w egzotyczny taniec wszelkie delikatne roślinki z hotelowego ogrodu.
- Może wyskoczymy na miasto? I tak dzisiaj sobie nie potrenujemy - sam nie wiedziałeś, czy jego pytanie było ukojeniem, czy nową katorgą.
- Przecież mamy wodospad na zewnątrz, imbecylu, jak ty chcesz szlajać się po Szczecinie?
- Kto powiedział, że będziemy bujać się po ulicach i z rozdziawionymi mordami oglądać wystawki? - wyszczerzył się w charakterystyczny dla siebie sposób, taki, który znałeś już na pamięć i mogłeś powtórzyć obudzony w środku nocy. - Wyskoczymy sobie do jakiegoś klubu, co ty na to?
- Żeby Paulinka kleiła się do ciebie w każdej możliwej milisekundzie? Nie, dzięki, już mam dość powodów do notorycznego rzygania po tutejszym wyżywieniu.
- Paulina wróciła do Warszawy - ta fraza krążyła po twojej głowie kilkukrotnie, odbijając się od budowy czaszki. - Nie może na okrągło ze mną siedzieć, ma szkołę. Idziemy tylko we dwójkę.
- I we dwójkę wrócimy? - uśmiechnęliście się znacząco. Tak jak za dawnych miesięcy.
- Tego ci zapewnić nie mogę. Wiesz, co masz robić?
- Nie mówić Pauli?
- Jednak znasz mnie jak nikt inny.
Znowu robiło ci się niedobrze. Nie, tym razem nie dlatego, że kobieta od zdrowego wyżywienia o cyckach w rozmiarze D wmuszała w ciebie tak rażącą po oczach zieleninę. Nie dlatego, że Bartman przelizał się z jakąś całkiem niezłą rudą o piegowatej twarzy i bynajmniej nie była to Paulina. Robiło ci się niedobrze na widok tych wymalowanych jak trzydziestolatki małolat ze skarpetkami w stanikach, na niebotycznie wysokich obcasach, wprawiających je podczas wykonywania choćby najmniejszego kroczku w dygotanie, i z ciałem odkrytym w co najmniej siedemdziesięciu procentach. Sam zacząłeś się zastanawiać, czy trafiłeś do klubu, czy do burdelu. A wyobraźnia i serce coraz bardziej skłaniały się ku drugiemu.
- Też masz wrażenie, że te wszystkie dookoła wyglądają jak sprzątnięte z najbliższej autostrady szmaty?
Chyba tylko to wystarczyło ci do poprawy humoru. A może raczej osoba, która te słowa wypowiedziała?

- Ana, i tak wiem, że nic lepszego nie masz do roboty.
- A może mam? Uwielbiam patrzeć na deszcz niszczący roślinki mojej matki, nie wiedziałeś?
- To miał być żart?
- Mam specyficzne poczucie humoru.
- Zauważyłem. To jak?
Ze zmrużonymi oczami wpatrywałaś się w ekran monitora. Dlaczego byłaś taka uparta? Dlaczego nie dawałaś losowi szansy? Dlaczego nie chciałaś dać się gdzieś wyciągnąć największemu przystojniakowi szkoły, chłopakowi, na widok którego co najmniej osiemdziesiąt procent dziewczyn dostawało nadmiernego produkowania śluzu w pochwie? Nie wierzyłaś w przeznaczenie? Nie wierzyłaś w miłość? Wiedziałaś, że to tak na chwilę, że równie dobrze jutro można dzień dzisiejszy określić jako sen, jako coś, czego tak naprawdę nigdy nie było?
- Przecież pada.
- Wyprodukowali cię z cukru? Spokojnie, nie będę ciągnął cię po parku czy innych miejscach na świeżym powietrzu. Może jakiś klub?
Westchnęłaś głęboko, tak głęboko, że aż poruszyłaś kartki leżące na nasadzie biurka. Co ci szkodziło? Wianka nie utrzymałaś do ślubu, nie musiałaś się obawiać o podejście Mateusza od, dosłownie, dupy strony. Kontakty z facetami, rozmaitego pokroju, nie wprawiały cię w zakłopotanie, nie stawałaś się ciepłą kluchą. Może bałaś się, że jemu choć trochę zależy, a ty nie będziesz potrafiła się zaangażować?
- To taki jednorazowy wypad, nie?
- Tego ci nie powiem. 
- Nie chcę związku, nie chcę tej gównianej, miłosnej otoczki.
- Nikt nie każe nam wchodzić na gorący teren.
- Okej, zgadzam się. "Impresja"?
Gdyby ktoś patrzył na ciebie z boku, z zupełnie innej perspektywy, mógłby pomyśleć, że wyrwałaś się ze szpitala psychiatrycznego, ewentualnie naćpałaś się tak porządnie, aby suszyć zęby do blatu i palcami brodzić w różowym drinku o skomplikowanej nazwie. Odwaliło ci? Niezupełnie. Może i pochłonęłaś kilka procentowych napojów, może i mruczałaś do wyłożonej przed nosem dębowej deski, ale na pewno nie rzuciło ci się na psychikę. Cieszyłaś się. Cieszyłaś się, że Mat jest twoim męskim odpowiednikiem, że nie zwraca całej swej uwagi na ciebie. Potańczyliście, pogadaliście, pośmialiście się. I na tym finito. W końcu nikt nie zakazał mu robić tego samego z czwartą dziewczyną tego wieczoru, czyż nie? A tobie zdecydowanie było to na rękę. Tym bardziej po zauważeniu potencjalnego kochanka, kogoś, kto wzbudzał w tobie najbardziej sprzeczne emocje.
- Też masz wrażenie, że te wszystkie dookoła wyglądają jak sprzątnięte z najbliższej autostrady szmaty? - bąknęłaś, starając się nie zaciągać pijacko.
Patrzył na ciebie z dziwnymi iskierkami, ponownie włączył miernik w oczach, obejmując nim całe twe ciało. Błyskawicznie musnął twój policzek ciepłymi wargami, pozwalając ci wyczuć delikatną woń wódki pomieszanej z colą. Sama nie wiedziałaś, czy to było zamierzone, czy nie trafił w twoje usta.
- Dlaczego ostatnio się nie pożegnałaś?
- A musiałam?
- W zasadzie to nie.
- Dlaczego o gest pożegnalny nie poprosiłeś, skoro tak ci na tym zależało?
- A musiałem?
- W zasadzie to nie.
Wszystko dookoła wirowało, ludzie, bar, fotele, malutkie stoliczki. Tylko wy staliście w miejscu, ledwo zauważalnie chwiejąc się na nogach, wpatrywaliście się w swoje usta, nosy, uszy, szyje, cokolwiek, co można liznąć, possać, pobawić się.
- Pocałuj mnie - mruknęłaś. Jego ciało tak przyjemnie ocierało się o twoje, wywoływało rozkoszny ból.
- Nie tutaj - twoje sapnięcie mogłoby obudzić umarłego, gdyby tylko nie zagłuszyła go muzyka. Oderwałaś się od jego warg, wzięłaś w obie ręce jego dłoń i poprowadziłaś nieco krętą drogą między swoje uda. - Tutaj.
Pocałował, wielokrotnie. Nie w miejscu publicznym, nie na parkiecie. W obskurnej toalecie. Choć i ją można było jako takie miejsce określić. Bo zapewne twój krzyk usłyszało o wiele więcej stapiających się z podłogą osób, niż gdyby to miało miejsce wśród tego nasyconego potem i perfumami tłumu.

***
powinno mnie to przerażać, to, co tutaj bezustannie klecę.
powinno, gdyby czasy były inne, a młodzi nie pili, nie palili i nie pieprzyli się na lewo i prawo.
przynajmniej statystycznie, bo wiem, że nie każdy taki jest.

nie mam laptopa, nie informuję.

czwartek, 15 sierpnia 2013

hipotermicznie - #4.

Chciałeś, aby popołudnia i wieczory szczecińskie trwały wieczność, aby nigdy się nie kończyły. Chciałeś, abyście we dwójkę przyrośli do tego cholernego piasku, wnikającego nawet za fakturę bielizny, aby słońce i nieziemska aura przegoniły narastające na niebo ciemne chmury. Chciałeś, aby jej melodyjny głos non stop tak słodko drażnił twoje bębenki uszne, aby jej usta nieustannie trwały w uroczym uśmiechu, aby włosy tak kusząco muskały szyję i dekolt. Chciałeś się zakochać. Chciałeś się chociażby zauroczyć w dziewczynie poznanej kilkanaście godzin temu. Dlaczego więc twój mózg, ciało, krocze odbierało ją zupełnie inaczej? Dlaczego widziało w niej tylko obiekt pożądania, kolejną zabawkę do kolekcji? Dlaczego umysł nie zmuszał serca do szybszego bicia, krwi do szybszego krążenia, płuc do szybszej wymiany gazowej? Nie wiedziałeś. Nie wiedziałeś, skąd w twoim narządzie odpowiedzialnym za przepływ metalicznej w zapachu krwi taka powłoka, taki brak wrażliwości. Odziedziczyłeś? Bynajmniej. Chyba sam ją sobie wyhodowałeś, polerowałeś kilkoma łatwymi dziewczynami na jedną imprezę, na jeden wieczór.
Pragnąłeś dalej patrzeć na jej osóbkę, tak magicznie poruszającą ustami podczas mówienia o rodzinnych problemach. Pragnąłeś dalej pokrótce streszczać blondynce swój życiorys, pożerając jej w połowie odkryte ciało wzrokiem. Pogoda najwidoczniej nie lubiła twoich pragnień, nie zgadzała się z nimi. A może po prostu była złośliwa, zmuszając natłok chmur do płaczu, wywołując przeszywający wiatr?
Zabrałeś ją do swojego hotelu, tymczasowego miejsca pobytu. Oboje, przemoczeni w każdym procencie i porządnie wymarznięci, wpadliście do twojego pokoju. Nie, nie zwaliła ci się na głowę. Sam jej zaproponowałeś przesiadywanie u ciebie aż do przerwania ulewy. Nie oponowała, w żadnym wypadku. Musiałaby być nienormalna. I to nie dlatego, że odmówiła siatkarzowi plażowemu.
- Zimno mi - wyjąkała, podciągając kolana pod brodę.
Z wielką chęcią patrzyłbyś na jej ułożone w dzióbek usta, ledwie zauważalne szczękające z chłodu zęby, gęsią skórkę ogarniającą całe ciało. Nie zrobiłeś tego. Może jednak miałeś choć resztkę serca, nieprzykrytą jeszcze tą stalową pokrywą?
Wygrzebałeś z szafy, która bez rzeczy Bartmana wyglądała jeszcze jako tako porządnie, bawełnianą bluzę. Przysiadłeś się obok, narzucając na nią ubranie. Znów spojrzałeś na jej boczny profil, po chwili główny. Poczułeś pęcznienie w spodniach, zobaczyłeś niemoralne wizualizacje w głowie. Kusiła cię już od początku. Intrygowała samym bytem, niekulturalną mową. Porażała słowiańską urodą. Nie było w tamtej chwili takiej siły na kuli ziemskiej, która mogłaby cię powstrzymać, która ogarnęłaby twoje pożądanie, wręcz okradła cię z niego, i dałaby porządnego liścia otrząsającego myśli.
Mimowolnie zetknąłeś się swoim nosem z jej skórą twarzy. Mimowolnie przechyliłeś swój czerep, przyklejając się do jej nasączonych ciepłem i wilgocią warg. Mimowolnie rozchyliłeś je językiem, bawiłeś się z jej zębami, podniebieniem. A ona mimowolnie nie protestowała.
Miałeś siedemnaście wiosen na koncie. Ona również. Robiłeś to już kilka razy. Ona również. Jednakże nigdy nie chciałeś zrobić tego tak szybko, nigdy nie byłeś aż tak niezaspokojony, tak napalony, ogarnięty przez młodzieńcze hormony. I chyba to samo mogłeś powiedzieć o niej.
Brakowało ci delikatności, kiedy zrywałeś z niej przewiewną bokserkę i szorty? Brakowało ci delikatności, kiedy praktycznie rozwaliłeś jej ulubiony koronkowy biustonosz, nie wspominając o majtkach tego samego rodzaju? Brakowało ci delikatności, kiedy smagnąłeś ją u nasady uda? Może tak. Ale do jej nawrotu potrzebowałeś protestu. A ona nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Prosiła o brutalniejsze doznania. Prosiła o ból.
Gniotłeś w dłoni jedyną daną ci kołdrę, drugą doduszając jej głowę do twojego członka. Z rosnącą fascynacją, czasami i przygniatającą prawdziwą przyjemność, patrzyłeś na obejmujące go usta, zwinięte palce przemierzające całą jego długość, kosmyki włosów przyklejające się do twarzy od nadmiaru śliny. Automatycznie zachciało ci się wylądować w jej wnętrzu, ocierać się udami o jej tyłek, słyszeć jej jęki, najprawdopodobniej mogące niszczyć fakturę szklanych przedmiotów. I wylądowałeś. Podrażniałeś ją od środka w najbardziej dosadny sposób. Czułeś ścianki jej pochwy, zaciskające się z każdym kolejnym ruchem. Była taka wilgotna, taka słodka. Jej rozsypane na poduszce włosy, zarumienione policzki i przymknięte powieki doprowadziły do finału. Finału, który przeżyliście oboje tak samo, z dodatkowym udziałem kołdry jako głównego zbieracza twojego białego płynu wraz z DNA.

Dla większości deszcz nie był żadną przyjemnością. Wręcz przeciwnie. Nie znosili klejących się do ciała ubrań, poplątanych włosów, spływającego makijażu w przypadku płci żeńskiej. Ty też nie znosiłaś. Istniały jednak takie sytuacje, gdzie spadająca z nieba woda stawała się źródłem ciekawych doznań i mocnych wrażeń. O ile seks siedemnastolatków tak w ogóle można nazwać.
Leżeliście na chłonącej wasz pot pościeli. Noga na nodze, ręka na ręce, brzuch przy brzuchu. Jego nos w twoich włosach. Spazmatyczne oddechy przerywające irytującą ciszę. Obolałe mięśnie, wymęczone ciała. I ta znikająca w ślamazarnym tempie deszczowa melodia.
- Muszę iść - wyplątałaś się spod jego kończyn i przenikającego wzroku. Jeszcze nigdy nie czułaś się tak dziwnie, zarzucając na siebie wcześniej zdjęte, a raczej wyszarpane ubrania.
- Dlaczego? - wyrósł tuż przy tobie. Znów to zrobił. Znów kusił. Kusił magnetycznym dotykiem, tak kurewsko porażającym każdą komórkę twojego ciała.
- Jest prawie dwudziesta pierwsza. Matka mnie z domu nie wypuści przez następny tydzień.
Nie spodziewałaś się z jego strony jakichkolwiek słów pokrzepienia. Był na nie za głupi? Skądże. Chyba duma mu na nie nie pozwalała.
- Przyjdziesz jeszcze na plażę, prawda?
- Mało masz tam kręcących się ludzi?
- Nie w tym rzecz.
- A w czym?
Nie odpowiedział. I chyba nie dlatego, że jego słownik w głowie tymczasowo przestał produkować wyrazy. Cokolwiek by powiedział, wstąpiłoby na zupełnie inną drogę. Na drogę, której już od dawna unikacie.
Nie przytuliłaś go, nie przywarłaś swych spierzchniętych ust do jego warg, nic nie powiedziałaś. Wyszłaś, tak po prostu. Tak jak i wyszłaby twoja oddana miłości babcia, wiedząc, że jej wnuczka wskakuje do łóżka człowiekowi nieobdarzonemu przez nią jakimikolwiek emocjami. Oprócz miksu tych naszpikowanych fascynacją.
- Miałaś być wieczorem - siedziała przy stoliku, sącząc swoją ulubioną herbatę. Piła ją na okrągło. Już nawet jej ślady, maleńkie, koślawe kropki, zagościły na kubku, niezmywalne przez żaden z fenomenalnych płynów do naczyń.
- Dwudziesta pierwsza to jeszcze wieczór - wymijające odpowiedzi to twoja specjalność.
- Miałaś być z koleżankami.
- Byłam.
- Widziałam je na mieście. Bez ciebie.
- Może znalazłam sobie nowe?
- Może znowu mnie okłamujesz?
- Może czas na więcej zaufania do córki?
- Może czas na więcej szacunku do matki?
Zignorowałaś. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Okłamałaś. Także nie pierwszy raz i nie ostatni. I znów tam pójdziesz, znów się z nim spotkasz. Chociaż sama nie wiesz po co. Brakuje ci nowych wrażeń? A może po prostu kogoś, kto życie postrzega tak jak ty? Kogoś, kto nie wierzy w miłość, w tę całą sztuczną otoczkę i zachwyt wokół niej? A może po prostu jesteś małoletnią, bezuczuciową suką, która do egzystencji potrzebuje skurwiela w identycznym wydaniu?

***
współczesna młodzież mnie przeraża.
ale tak czy siak zamieniłabym się z nimi liczbą oczek na koncie.

muszę w końcu przysiąść na dupie i nadrobić wszystkie zaległości, bo znów nazbierała mi się ich cała masa.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

hipotermicznie - #3.

Uderzyłeś. Grzmotnąłeś z całej nagromadzonej w rękach siły, nie zważając na drobinki piasku wręcz wpadające do spojówek, na walące po oczach słońce, na niezbyt sprzyjający wiatr. Nigdy nie trafiałeś w takiej sytuacji, przynajmniej w pole. Zdarzyło ci się nawet w drzewo, zdarzyło i w trenera, zdarzyło w piach, tyle że ten oddalony o kilka metrów. Sam nie wierzyłeś, że ci się uda, że Mikasa ugrzęźnie w sypkim materiale ziemnym. I chybabyś nie uwierzył, gdyby nie gwizdek kończący mecz głównodowodzącego i nikłe oklaski z maleńkiej trybuny. Oklaski wywołane przez jej drobne, a zarazem zgrabne dłonie.
- No, w końcu przestałeś wystawiać mordę na obicie! Gratuluję! - nie spodziewałeś się takiej reakcji, nie spodziewałeś się szczerego uśmiechu i klepnięcia w kość ogonową. Odwzajemniłeś oba gesty. Robiłeś postępy. Nie, nie w siatkówce. W reakcjach emocjonalnych.
Zwykle po spotkaniu padałeś plackiem pod najbliższym drzewem, ewentualnie rozkładając się na krzesełkach w całej okazałości, i  żłopałeś wodę litrami. Tym razem nie postąpiłeś według wcześniejszego planu. Może dlatego, że mecz potoczył się inaczej niż poprzednie? Może dlatego, że tym razem miałeś jakieś wsparcie, bynajmniej nie od Najwyższego?
- Miałaś rację. Jesteś wiedźmą, i to taką rodowitą.
Ukłoniła ci się arystokratycznie, a ty, nie marnując okazji, zajrzałeś za jej luźną bokserkę, tak swobodnie odchylającą się podczas wędrówki ciała w dół.
- Może masz jeszcze jakieś życzenia? Wiedźmie w końcu skończą się możliwości.
- A jakich spraw one dotyczą? - czułeś na sobie palące spojrzenie przyjaciela, jego dziewczyny, trenera. A może to tylko żar lejący się z nieba wywoływał takie mniemanie?
- Rozmaitych - uwielbiałeś jej szeroki uśmiech, mimo iż znałeś go od jakiś dwudziestu czterech godzin.
- Nauki również?
- Do tej dziedziny to ja sama potrzebuję kogoś w rodzaju dżina - roześmialiście się oboje.
- Nie miałem na myśli tej książkowej i nużącej.
- Wobec tego jakiej?
Zbliżyłeś się do niej na minimalną odległość. Jej oczy z bliska były jeszcze bardziej niebieskie, niż chyba można to sobie wyobrazić. Już nie wspominając o malinowości ust.
- Naucz mnie palić fajki tak, że oczy nie wyjdą mi na wierzch, a płuca nie poproszą o reanimację.
- Do tego potrzeba cierpliwości i czasu.
- Mam czas. Mnóstwo czasu.
Bo czy musiała wiedzieć, że za niecały tydzień ciebie już tutaj nie będzie? Że znikniesz, wsiąkniesz jak kamfora i najprawdopodobniej wrócisz dopiero za kilka lat, o ile siatkówka plażowa pozostanie dla ciebie głównym celem i źródłem dochodów? Nie musiała. Przecież jej nie znałeś. A ona nie znała ciebie. Lepsza znajomość oparta na tajemniczości i braku laku niż taka prawdziwa, która sypnie się za kilka dni, czyż nie?
- Czy to takie śmieszne? - fuknąłeś złośliwie, krytykując w ten sposób jej histeryczny wybuch śmiechu.
Siedzieliście we dwójkę na brzegu jeziora. Żadnych obcych, żadnych wrzasków, żadnych rozpraszaczy. Tylko wy, aura szczecińskiej wody, paczka fajek i nieco zniszczona zapalniczka.
- Bardzo śmieszne. Wyglądasz jak mops mojej babki.
- Uwielbiam twoje komplementy.
- Oryginalne, czyż nie?
- Jak cholera.
Patrzyłeś jak głupi na jej ciało skąpane w zachodzącym słońcu, na gładkie i nieco umięśnione nogi, na odkryte ramiona i twarz okalaną przez jasne włosy, na dymek ulatniający się z uchylonych ust. I nagle zachciało ci się ją pocałować, dziewczynę zupełnie ci obcą. Nie, nie tylko pocałować. Zachciało ci się poczekać do wieczora, rozebrać do naga, pobawić jej niemałymi piersiami i zaliczyć, wywołać jęk, a w efekcie czego nawet orgazm, właśnie tu, na plaży. Tyle że chcieć a móc to dwie zupełnie różne rzeczy.

Kłamałaś? Skądże. Owszem, nie byłaś wiedźmą, tą rodowitą. Wiedźmy co najwyżej miałaś w klasie, poubierane na różowo, ze szponami w identycznym kolorze zamiast normalnych paznokci. Nie wiedziałaś, dlaczego tak siebie określiłaś, dlaczego mianowałaś siebie takim słowem. Może to po prostu lepsze od określenia - zdradliwa suka? Może chciałaś w ten sposób się zamaskować?
Jezioro Dąbie z drugiej strony było o wiele bardziej magiczne niż z twojej domowej, rodzinnej. Nie tylko dlatego, że brak tu jakiejkolwiek interwencji ze strony bliskiego i brak ciągłego jazgotu. Bardziej ze względu na doborowe towarzystwo. O ile tak mogłaś nazwać chłopaka, którego znałaś zaledwie dwadzieścia cztery godziny.
- Mogę cię o coś zapytać? - odważyłaś się cokolwiek powiedzieć dopiero wtedy, kiedy przestał gapić się na ciebie z dziwnymi iskierkami w oczach i kiedy przestał kaszleć jak opętany.
- Wal śmiało.
- Po jakiego ciula ci te fajki? Sportowcy nie powinni palić.
- A może ja nie jestem sportowcem? Może jestem amatorem?
- Nie uwierzę.
- To spróbuj. Ja w twoje niby-czary uwierzyłem.
Roześmiałaś się. Był zbyt łatwowierny. A może to szło w drugą stronę? Może to tobie brakowało odpowiedzialności i zmysłu oddzielania fikcji od prawdy?
- Sportowiec też człowiek - kontynuował z szerokim uśmiechem przypominającym ci słodkiego bobra. - A dla człowieka jest wszystko.
- Nawet fajki?
- Nawet.
- Nawet alkohol?
- Nawet.
- Dziwki też?
- To jakaś aluzja?
- Nie, normalne pytanie.
- Tak, dziwki też. W zasadzie to one są chyba najbardziej sprzyjające sportowcom.
- Dlaczego?
- Bo seksu w organizmie nie wyłapią. Promile i nikotynę - już tak.
Zamilkliście. Ty na ponowne zaciągnięcie się używką. A on? Nie wiedziałaś. Jedyne czułaś na sobie jego palące spojrzenie.
- Czyli mógłbyś się pieprzyć w każdej chwili?
- Mógłbym.
- Nawet teraz?
- Nawet teraz.
Poczułaś, jak twoje policzki zaczynają robić się czerwone. Chyba pierwszy raz od hen wieków. A może pierwszy raz w ogóle?
- Narobiłeś mi smaku, Michale.
- Niby na co?
- Na ciebie.

***
zadecydowałam, że nie będę tu wklejać praktycznie dwóch takich samych części, tyle że oczami dwóch różnych postaci.
ciągnęłoby się to jak żelki mojej małej kuzynki.

jacy oni są słodcy. ♥

mówiłam, że to nie będzie długie?

czwartek, 8 sierpnia 2013

hipotermicznie - #2.

- Gdzie Bartman? - fuknąłeś, rzucając torbę treningową pod jedyne w okolicy drzewo. Padający od niego cień tak przyjemnie przepływał i ogarniał twoje ubrane jedynie w spodenki ciało.
- Na spacerze - wymruczał głównodowodzący, nawet nie racząc podnieść na ciebie wzroku znad kosza z piłkami. - Z Pauliną, rzecz jasna.
- Jak to - na spacerze?! Przecież mieliśmy trenować! - zirytowany, nie, wkurwiony, wyłamałeś wszystkie palce i w następstwie skrzyżowałeś ręce na klatce piersiowej.
- Nie powiedział ci?
- O czym?
- Że teraz przygotowują się Maciek z Marcinem, a wasz trening odbędzie się za dwie godziny?
Kończyny górne machinalnie ci opadły, tak samo jak i dolna warga. Nie odpowiedziałeś. Za odpowiedź można uznać co najwyżej delikatny przekręt głowy w prawo i lewo. A może wolałeś nie odpowiadać? Wolałeś oszczędzić i sobie produkowania, i trenerowi spuchniętych od bluzgów uszu? Prawdopodobnie. Bo opinia niewychowanego i nieprzebierającego w słowach gówniarza nie była twoim marzeniem, definicją szczęścia. Co z tego, że w swoim rodzinnym mieście już ją miałeś?
Z gotowością rozłożenia czegokolwiek na cząstki elementarne zasiadłeś na niewielkich, nawet nie przypominających tych oryginalnych, trybunach. Byłeś zły. Nie, nie dlatego, że przyjdzie ci pograć, wylać kolejne poty dopiero za jakieś sto dwadzieścia minut. Byłeś zły na przyjaciela. Byłeś zły, bo nie jest już sobą w chwilach, kiedy siatkówka się kończy. Już nie spędzał każdej wolnej chwili z tobą, nie wyśmiewał dziewczyn ze stanikami w rozmiarze zero, nie spluwał z balkonu hotelu - bo już nawet nie dzieliliście razem pokoju - i nie chował się za ogromnymi paprociami, nie wrzucał do wody i nie śmiał się jak psychopata. Poza boiskiem stawał się powietrzem, zjawą. Kimś, kto żył tylko dla swojej Pauliny. Nie wierzyłeś, że to najpiękniejsza big love na tym świecie. Bartman zawsze potrzebował jakiejś cizi do przerżnięcia, rozładowywacza emocji. Owszem, traktował ją o wiele lepiej niż dwie poprzednie. Dojrzał? W niby-związkach może tak. Ale na pewno nie w relacjach przyjacielskich.
- Tu się nie pali - te cztery słowa wyrwały cię ze świata przemyśleń. To nic, że nie były skierowane do ciebie. Lubiłeś się interesować nieswoimi sprawami.
- Nie widziałam znaczka - mruknęła pod nosem, jeszcze porządniej zaciągając się używką. A ty już wiedziałeś, że ten głos rozpoznałbyś, w szczególności po wczorajszym dniu, nawet na drugim końcu Polski.
- Nie trzeba go widzieć, aby o tym wiedzieć. Poza tym - ile ty masz lat, dziewczynko?!
- Wystarczająco dużo.
Odwróciłeś się dopiero wtedy, kiedy dwójka potencjalnych wrogów przestała fukać na siebie niczym pawie. Zmierzyłeś ją od góry do dołu. Zawsze tak robiłeś, nie bacząc na to, czy ktoś poczuje się w ten sposób urażony. To była ona. Poznałeś jej długie i proste blond włosy oraz jasnoniebieskie oczy. Ładna była. Nawet z fajką między dwoma wargami.
- Dzięki za wodę - żadnego cześć, żadnego słowa witającego. Walenie od rzeczy to twoja specjalność.
Spojrzała na ciebie, chyba pierwszy raz, od kiedy tu siedziałeś. Włożyła papierosa między palce i uśmiechnęła się. Już nie koślawo. Jakoś tak słodko. Wręcz uroczo.
- Nie dziękuj za coś, co uratowało ci życie.
Cisza. Krępująca? Niezupełnie. Zastanawiałeś się, jak to jej powiedzieć, jak nie wzbudzić podejrzeń trenera.
- Masz jeszcze jedną fajkę?
- Wolno ci palić, jeszcze tak przed nosem tego wysportowanego facecika?
Wykoślawiłeś wargi, czując ironię w jej głosie.
- W takim razie inne pytanie - masz wolny czas? Teraz?
- Teoretycznie - nie. Ale dla ciebie mogę zrobić wyjątek. Chodź.
Twoje zawahanie nie trwało nawet sekundy. Bo na czym tak naprawdę mógłbyś stracić? Chyba jedynie na zdrowiu.
Błyskawicznie podążyłeś za jej osobą.

- Od kiedy ty palisz? - od zawsze irytowały cię takie pytania, jeszcze tym bardziej z ust potencjalnych przyjaciółeczek, które, tak jak teraz Dominika, niemal wkładały sobie dwa palce do gardła w geście obrzydzenia.
- Od jutrzejszego popołudnia - rozsiałaś sarkazm. Nie znosiłaś opowiadania o swoim nałogu. W końcu po co komu dokładna historia Anastazji z papierosami w ręku?
- Przecież to okropne!
- Jedyne, co tu jest okropne, to twój oczojebny i odpryśnięty lakier na paznokciach.
Tym razem nie uciekłaś. Kończyłaś wcześniej, tuż po czternastej. Dla innych pora obiadowa to spełnienie marzeń. Dla ciebie to katorga. Wizja wspólnego obiadu z matką i ojcem przerażała cię, wprawiała w konwulsje wszystkie szare komórki. Dostawałaś na głowę, gdyż już inaczej tego określić nie było można, kiedy to znów zaczynali słodziutką rozmowę na temat twojej edukacji, aby w następstwie poprztykać się tak, że chyba jedynie całonocny seks mógł tę sprawę załagodzić. Ile razy już tak naprawdę wyłaziłaś przez okno, chociażby na ogród, byle tylko nie słyszeć ich jęków przy grze wstępnej, a tym bardziej pisków w fazie spełnienia? Wielokrotnie. Chyba połowa klasy musiałaby użyczyć ci swych palców, abyś mogła to zliczyć.
Automatycznie zawędrowałaś na zajętą plażę, twoje nowe ulubione miejsce. Błyskawicznie zbyłaś dobijającą się do ciebie matkę wiadomością, że wyskakujesz z kumpelami na miasto i wrócisz najprawdopodobniej wieczorem. Wolałaś nawet włóczyć się po zakamarkach jak pojebana, byleby nie być ofiarą rodzicielskiej kłótni.
Zasiadłaś na trybunie. Chyba go nie było. Przynajmniej go nie widziałaś. W oczy rzucił ci się jedynie trener i dwójka starszych zawodników. Machinalnie, gdyż głód nikotynowy ciągnął cię już od edukacji dla bezpieczeństwa, wyciągnęłaś skręconego papierosa i odpaliłaś. Zbyt oczywista była reakcja otaczających cię osobników, którzy już dawno przekroczyli barierę pełnoletności. Odpyskowałaś, ale i zignorowałaś to. Nikt nie może ci zabronić. Tym bardziej ktoś, kto zapewne pierwszy raz widzi cię na oczy, nie wie, z czym się borykasz, jakie masz problemy. Może i marny sposób na ich załagodzenie. Może. Jednak dla ciebie zawsze skuteczny.
- Dzięki za wodę - zdębiałaś. Z lamparcią szybkością skierowałaś swój wzrok na autora tej frazy. Uśmiechnęłaś się najlepiej, jak potrafiłaś, starając się w ten sposób zamaskować szok i chwilowe niedowierzanie.
- Nie dziękuj za coś, co uratowało ci życie - sama nie wiedziałaś, dlaczego tak mu odpowiedziałaś. Może chciałaś być uprzejma?
Zamilkliście. Oboje w tym samym czasie. Przynajmniej ty. Bo on chyba chciał coś powiedzieć, tyle że trochę długo się nad tym zastanawiał.
- Masz jeszcze jedną fajkę? - wypalił znienacka.
- Wolno ci palić, jeszcze tak przed nosem tego wysportowanego facecika? - nie operowałaś imionami i nazwiskami. Byłaś tylko obserwatorem, nie znawcą.
- W takim razie inne pytanie - masz wolny czas? Teraz?
A czy ty kiedykolwiek nie miałaś wolnego czasu? Znajdowałaś go nawet na pierdoły, na rzeczy, które zwykle omijały statystycznego licealistę szerokim łukiem.
- Teoretycznie - nie - lubiłaś bawić się w kotka i myszkę, wprost uwielbiałaś. - Ale dla ciebie mogę zrobić wyjątek. Chodź.
Wyskoczyłaś z trybun. Nawet nie czekałaś na jego reakcję. Wiedziałaś, że pójdzie za tobą, czułaś to. Zatrzymałaś się kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie plaża już nie była tak obeznana człowieczemu wzrokowi. Oparłaś się o drzewo i wyciągnęłaś pożądane źródło.
- A ogień? - uroczo to powiedział. Tym bardziej z fajką w ustach.
Patrzyłaś, podśmiewając się pod nosem, kiedy jego oczy z sekundy na sekundę robiły się coraz bardziej czerwone, a płuca chyba opętane dymem. Wyrzucił peta za siebie, łapiąc kilka głębokich oddechów.
- Kurwa, nie wiedziałem, że to takie mocne - zapiał, kaszląc jak opętany. Dopiero kilka klepnięć w plecy pomogło.
- Bo amator jesteś, i tyle - wywróciłaś oczami, czego oczywiście nie mógł nie zauważyć.
- Ty już w branży, mam rozumieć?
- Owszem, Michale.
- Chyba ci jeszcze nie przedstawiałem - nie wyłapałaś czy to pytanie, czy to ironiczna odpowiedź.
- Masz wygrawerowane zdrobnienie na dupie, a dokładniej na spodenkach. Nie sposób się nie domyśleć.
- To może wyrównamy szanse? - uśmiechnął się buntowniczo. - Jak ci na imię, palaczko?
- Anastazja. I proszę, nie palaczka. Już wolę wiedźmę albo coś w ten deseń.
- Dlaczego?
- Bo zdarza mi się tak omamić innych, tak zakręcić, tak ułożyć wedle swojego planu, że można by pomyśleć, iż są to istne czary.
- Serio? - wybałuszył oczy, tak cholernie jasne. Zupełnie jak twoje. - To może rzucisz zaklęcie i pomożesz mi w końcu wygrać?
Nie odpowiedziałaś. Może sama świadomość tego, że ciągnął cię za ramię, wcześniej ocierając się o twój tyłek, na to nie pozwalała?

***
okej, tu mi coś nie wyszło.
ale nie ma takiego opowiadania w moim wykonaniu, gdzie choć jedna część nie byłaby spartolona.
spokojnie, jeszcze się zaczną "docierać".

Jezu, umieram, gorzej niż w Polsce.
nawet czytać mi się nie chce, wybaczcie, nadrabiam pomalutku. :c

/korelacja/atychifobia/ochroniarz na obcasach/

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

hipotermicznie - #1.

Oberwałeś. Znowu. Znowu leżałeś na rozgrzanym piasku, rozmasowując obolałe miejsce na środku czoła. Znowu rzuciłeś kilkoma kurwami w różnych przypadkach pod nosem. Znowu łypnąłeś na najlepszego przyjaciela, sprawcę przyszłodniowego siniaka.
- Nie przyjechaliśmy tu na wakacje, Misiek! - zdzierający mordę z drugiej połowy plażowego boiska Bartman niewątpliwie w tym momencie brakował ci do pełni szczęścia. A tym bardziej jego objęty przez mutację głos, tak wkurwiająco drażniący bębenki uszne. - To nie zabawa! To przygotowania do Mistrzostw Europy! Nie możemy dać dupy tak jak nasi poprzednicy!
- No przecież, kurwa, wiem! - odkrzyknąłeś, otrzepując ramiona z piasku.
- To się, kurwa, skup!
Poprawiłeś swą grę, przestałeś kląć jak opętany, maltretowany przez wściekłe spojrzenia trenera. Może i nie byłeś pełnoletni, może i byłeś młodszy od Zbyszka. Ale czy to zobowiązywało cię do zachowywania się jak należy? Zawsze ukazywałeś i optymistyczne, i pesymistyczne emocje. Taki już byłeś, taki charakter sobie wyrobiłeś. Nikt nie mógł tego zmienić, nawet faworyzowany przez przewodnika Bartman, liżący się ze swoją cizią z Warszawy na każdej przerwie między setami, już nie wspominając o wolnym czasie między treningami. Zawsze zastanawiałeś się, skąd ona znajduje czas na takie bujanie się po Polsce. Niby się uczyła, nawet w renomowanym liceum. I w takim liceum znalazła kilka dni wolnego, aby sobie wyskoczyć do Szczecina? Niedorzeczność.
Gwizdek. Zakląłeś siarczyście, tym razem w myślach. Znowu cię ojebał. Znowu przegrałeś, mimo iż tym razem to była niewielka różnica punktowa. Tylko co ci po niewielkiej różnicy punktowej, skoro i tak każdą przegraną stawiałeś na tej samej szali, na równi?
- Jutro będzie lepiej, zobaczysz - poklepał cię po plecach i uśmiechnął się dziarsko. Nawet nie odwzajemniłeś gestu. Zwykle dochodziłeś do siebie po porażce przez kilkanaście minut. Zniesmaczony widokiem złączonych ust Zbyszka i Pauliny, oddaliłeś się do wodopoju, do miejsca, gdzie ten intensywny żar z nieba nie lał się tak mocno. Trzasnąłeś, chyba automatycznie, bidonem, gdyż w jego wnętrzu nie zagnieździła się chociażby jedna kropelka źródlanego napoju. Po raz enty rzuciłeś kilkoma kurwami. Nie wiedziałeś, ile siedziałeś na tym cholernym krzesełku, zmęczony i spragniony. Nie wiedziałeś, w którym momencie po prawicy wyrosła ci butelka przezroczystej cieczy, trzymana przez długowłosą blondynkę o krystalicznie niebieskich oczach.
- No weź - mruknęła, szczerząc się koślawo. - Przecież widzę, że tego potrzebujesz.
Wziąłeś. Wyżłopałeś całą zawartość w kilka sekund. Dopiero z nawilżonym przełykiem i uzupełnionym płynem odwróciłeś się całym ciałem. Tyle że jej już nie było. A chciałeś podziękować. Chyba pierwszy raz od niepamiętnych czasów.

Spieprzyłaś. Znowu. Znowu z ostatniej lekcji, znowu z geografii. Ledwie rozpoczął się rok szkolny, a tobie już zachciało się wagarować, i to tak intensywnie. A obiecałaś. Po wyjściu z gimnazjum i dostaniu się na najbardziej marny profil w jednym ze szczecińskich liceów przysięgałaś matce, że przestaniesz zwiewać ze znienawidzonych przedmiotów. Może i chciałaś dotrzymać słowa. Może. Ale mało cię obchodziło, co ma największy popyt w Niemczech i co hurtowo produkują Holendrzy. To cię nie jarało. I nawet ciężko stwierdzić, czy w nowej szkole było cokolwiek, co mogło przyciągnąć twoją uwagę. Bo chyba niski poziom nauczania się nie liczy, prawda?
Wędrowałaś ulicami Szczecina, a szeroki uśmiech bądź co bądź pojawiał się na twojej twarzy. Mimo iż mieszkałaś tu od urodzenia, mimo iż do wielu miejsc doszłabyś pewnie nawet z zamkniętymi oczami, zupełnie nie bacząc na ruchliwe jezdnie, to zdarzały się takie zakamarki, których twoje oczy jeszcze nie przewertowały, których nogi jeszcze do końca nie zbadały.
Z Pihem w słuchawkach i butelką źródlanej wody w dłoni maszerowałaś w kierunku Jeziora Dąbiego. Zwykle odwiedzałaś je, tym bardziej w okresie letnim i wczesnojesiennym, od strony domu, od strony zupełnie przeciwnej, z miejsca, gdzie najczęściej się plażuje. Tu też była plaża. Tyle że zajęta. Nie, nie tak dosłownie. Po prostu została otoczona przez czerwone tasiemki ułożone w kształcie prostokątów, a po ich środku ustawiono profesjonalne siatki. Słyszałaś od ojca, od kolegów z klasy, że młodzi siatkarze plażowi przyjeżdżają potrenować, złapać formę przed ważnymi rozgrywkami. Ale nie sądziłaś, że spotka cię takie szczęście, że ujrzysz to na własne oczy.
Przysiadłaś na jednym z krzesełek przeznaczonych dla obserwatorów. Nie było tłumu, co najwyżej pięć osób. Może dlatego, że trwało tylko jedno, w dodatku treningowe, spotkanie pomiędzy dwójką najmłodszych zawodników.
Zerkałaś to na jednego, to na drugiego. Wyższy emanował humorem, choć i lubił się popisywać. Niższy, o niespotykanym ci do tej pory kolorze włosów na chłopięcej głowie, pokładał się na piachu co kilkanaście minut, klnąc tak, że uszy więdły. Przynajmniej innym. Bo na pewno nie tobie.
Podobały ci się jego ruchy, kiedy już pozbywał się much w nosie. Biegał po swojej połowie jak oszalały, gdyż gra w pojedynkę wymagała nie lada wysiłku, walczył o każdą piłkę, szarżował. To nic, że przegrał. W twoim mniemaniu i tak wygrał. Wygrał sam ze sobą.
Wytrącił cię całkowicie z amoku, kiedy trzasnął bidonem o gorący piasek. Szperał po lodówkach, rozglądał się z furią w oczach za czymkolwiek do zaspokojenia pragnienia. Nic nie znalazł.
Nie wiedziałaś, dlaczego to zrobiłaś. Dlaczego ruszyłaś w jego stronę i wystawiłaś swoją nieotwartą jeszcze butelkę z wodą. Nie wiedziałaś, dlaczego od razu po jego chwycie usunęłaś się w cień, odeszłaś, wracałaś do domu. Nie liczyłaś na podziękowania. Przynajmniej od osoby o takim charakterze.

***
wiecie co? chyba to polubię. tak mi się wydaje.
żeby nie było - kocham Szczecin.
cholera z tym, że byłam tam tylko raz. ale kocham.
tak jak Anastazję i Michała.
bo chciałabym wrócić do takiego wieku, w którym oni są uwięzieni.

 to granie w pojedynkę to raczej takie złośliwe przebijanie na drugą stronę, plasowanie w rogi boiska i męczenie przeciwnika. przynajmniej my tak robiłyśmy w gimie. :)

jeśli mam jakieś zaległości na waszych historiach - a mam na pewno - to dzisiaj je wszyściuteńkie nadrobię, cały dzień przede mną.

i jakby ktoś miał ochotę na korelację - wystartuję chyba jutro.
muszę się pozbyć tego dziadostwa jak najszybciej.

czwartek, 1 sierpnia 2013

prolog.

Niemowlę? Powinno leżeć w nowiutkim i pachnącym świeżością łóżeczku, powinno patrzeć w sufit i kwilić, kiedy potrzeby dają o sobie znać. Dziecko? Powinno rozwijać swoje umiejętności, powinno potrafić pisać, czytać, liczyć, powinno cieszyć się chwilą, biegać po dworze, nurkować w piaskownicy albo wręcz rzucać się na swój pierwszy w życiu rower. Nastolatek? Powinien walczyć o oceny, powinien poznawać ten brutalny i upiększony przestępstwami świat, powinien dojrzewać, myśleć z nutką powagi o przyszłości, powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny. Dlaczego ta ostatnia jednostka nie może żyć według wcześniej ustalonych zasad? Dlaczego musi się wyłamywać, buntować, chodzić jak kot własnymi ścieżkami? Dlaczego naraża się na wszelkie zagrożenia, ogromne niebezpieczeństwa? Dlaczego uważa się za lepszego od dorosłego? Bo liczby niby nic nie znaczą? Może i nie. Ale najpierw trzeba mieć coś w tej głowie, aby olać cyferki na koncie. A wy? Wy nie mieliście. Nie mieliście w głowach nic, tylko gówniane błahostki.

Siedemnaście lat. Siedemnaście lat bicia serca w dwóch ciałach o przeciwnej płci, siedemnaście lat przepływu krwi, siedemnaście lat oddychania. Mało? Dużo? Dla was wystarczająco. Wystarczająco na wszystko. Po co czekać jeszcze rok? Po co męczyć się jeszcze te dwanaście miesięcy? Dwanaście miesięcy, które tak naprawdę nic nie znaczą? Nie łatwiej wypróbować wcześniej? Nie łatwiej wcześniej posmakować wódki, dragów, szlugów? Nie łatwiej wcześniej stracić dziewictwo? Nie łatwiej wcześniej pokazać, że mentalnie już jest się dorosłym? Nie łatwiej to sobie wmówić?

Siedemnaście lat. Tyle miałeś na koncie, kiedy ją poznałeś. Byłeś gówniarzem, dopiero co rozpoczynającym przygodę z siatkówką. Myślałeś? Tak. W końcu seks, panienki i ostry melanż także się liczą, prawda? Lubiłeś się nią bawić. Lubiłeś sprawiać i przyjemność, i ból. Może chciałeś poczuć coś piękniejszego. Może. Choć tak naprawdę nigdy jej nie pokochałeś. Chciałeś, ale nie mogłeś. Miano małoletniego skurwiela ci na to nie pozwoliło.

Siedemnaście lat. Tyle miałaś na koncie, kiedy go poznałaś. Byłaś gówniarą, dopiero co rozpoczynającą przygodę z najgorszą klasą licealną. Myślałaś? Tak. W końcu seks, faceci i ostry melanż także się liczą, prawda? Lubiłaś być uległą, czasami i poniżaną. Lubiłaś widzieć w jego oczach pożądanie, spełnienie. Może chciałaś poczuć coś piękniejszego. Może. Choć tak naprawdę nigdy go nie pokochałaś. Chciałaś, ale nie mogłaś. Miano małoletniej suki ci na to nie pozwoliło.

Historia jak z durnowatej i komicznej telenoweli? Bynajmniej. Historia jak ze zwierzęcego trybu życia. Obniżenie temperatury wewnętrznej. Obniżenie temperatury waszych serc. Ulotność dobroci i czystej duszy.
Hipotermia.

***
nie lubiłam prologów. i chyba nigdy nie polubię.

witam na kolejnym opowiadaniu.
może nie jakimś wzniosłym, może nie romantycznym, wypełnionym samym optymizmem. nie. raczej skupiającym się na tej szczeniackiej codzienności.
i na pewno nie długim. tasiemce nigdy mi nie wychodzą. wolę jakość, może i marną, a nie ilość.

dlaczego Kubiak? tak mi się tu jakoś wpasował.
czytelniczko, przepraszam. wiedz, że osobiście mam podobne odczucia co do jego osoby.

nie ma Igły, nie ma ducha drużyny. nie wyobrażam sobie kadry bez tego charyzmatycznego człowieka, przynajmniej jeszcze nie teraz, kiedy nadal może grać na swoim poziomie...

+ nowości w czwartki i poniedziałki. pasuje wam?
a w sobotę wystartuję z Łukaszem, muszę w końcu ogarnąć te napisane już opowiadania.