- A nie raczej panująca tu pogoda? - mruknąłeś pod nosem, choć i tak wiedziałeś, że słuch głównodowodzącego stoi na zbyt wysokim poziomie, aby tego nie wyłapać.
- Jeden pies. Można podpiąć jedno pod drugie.
Chciałeś zaprzeczyć, chciałeś pokręcić głową z dezaprobatą, że to niewłaściwe podpięcie, niezbyt dopasowane połączenie. Nie zrobiłeś tego. Nic nie powiedziałeś. Sam nie wiedziałeś dlaczego. Może aby nie zirytować jeszcze bardziej trenera, już chyba wystarczająco wytrąconego z równowagi poprzez anomalię na zewnątrz?
- Wiesz co, Michale? Czasami żałuję, że w siatkówkę plażową nie gra się na hali.
- Wtedy straciłaby swój cały urok.
- Ale i pogoda nie odebrałaby nam tej przyjemności trenowania. Marnie widzę te Mistrzostwa Europy.
- Zdążymy się przygotować, obiecuję.
- No pewnie. O ile wydłużysz dwa dni naszego pobytu tutaj do co najmniej pięciu.
Gdybyś mógł, zrobiłbyś to. Nie wahałbyś się ani sekundy. Siatkówka od początku była dla ciebie najważniejsza, robiłeś wszystko, aby być jej jak najlepszą częścią, tworzyć jej historię, chociażby plażową. Ale co miałeś do powiedzenia deszczom, burzom, silnym wiatrom? Co mogłeś zrobić względem wyznacznika twojego zawodowego spędzania czasu, względem aury panującej na zewnątrz? Nic, kompletnie nic. Jedynie odmówić jakieś szamańskie modlitwy odganiające paskudną pogodę.
- Co teraz, trenerze?
- Praktycznie rzecz biorąc to nic. Zapowiadają jeszcze większe załamanie pogodowe. Siedzimy tu raczej na marne.
- Czyli co, wracamy do Warszawy? - zaszokowała cię wcześniejsza wypowiedź głównodowodzącego. Nawet nie przyzwyczaiłeś się do tego miasta, do tych ludzi. Do niej.
- Jeśli jutro znów poleje się wodospad z nieba, to tak, wracamy.
Nie odpowiedziałeś. Iście wkurzony pomaszerowałeś do swojego pokoju. Właściwie już nie swojego. Waszego, twojego i Bartmana. Zwalił ci się na głowę po wyjeździe Pauliny. A tobie jakoś to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Cieszyłeś się, że odzyskujesz przyjaciela, kogoś, kto od zawsze był i będzie jedną z najbliższych ci osób.
Zbyszek z nogami na bocznym stoliku wylegiwał się na łóżku, wertując swoje ulubione gazetki, tym razem nie z paniami rozebranymi jak do rosołu. Machinalnie podskoczył i wprawił mebel w lekkie dygotanie po twoim solidnym trzaśnięciu drzwiami.
- Coś ty taki wkurwiony?
- A patrzyłeś przez okno?
- Patrzyłem.
- To już wiesz dlaczego.
- Jakoś wcześniej aż tak ci pogoda nie przeszkadzała - zmrużył oczy, układając brwi w komiczną falę. Zawsze układały się komicznie.
- Bo wcześniej przez nią nie musieliśmy opuścić Szczecina. Zapakuj się w razie czego, najprawdopodobniej jutro wyjeżdżamy.
- Pierdolisz.
- Chciałbym.
Bezustannie otwierał usta i bezustannie je zatrzaskiwał. Próbował coś powiedzieć, próbował coś z siebie wyrzucić, ale nie mógł. Coś go gryzło, coś mu na to nie pozwalało. Do czasu.
- Co z tą twoją Anastazją? - bąknął niemrawo, lustrując twoją reakcję intensywnie zielonym spojrzeniem.
- Nic, a co ma być? - nie poczułeś się urażony, zdenerwowany takim pytaniem. Bynajmniej. Gdybyś cokolwiek poczuł, cokolwiek pozytywnego, można by było uznać ten dzień za dzień święty. Święty dla ciebie.
- Nie zależy ci na niej?
- Zależałoby.
- To czemu mówisz w czasie przyszłym?
- Bo najpierw musiałbym znać definicję tego słowa. A nie znam. I póki co nie chcę poznawać.
Przygryzałaś z taką intensywnością wargę, że aż czułaś posmak krwi w ustach, czułaś jej pękającą strukturę. Wierciłaś wzrokiem w kuchennym blacie, blacie, na którym leżało źródło twojego chwilowego zażenowania, bólu, własnej głupoty. Nawet nie odważyłaś się podnieść wzroku, pierwszy raz od hen wieków. Zrozumiałaś swój błąd? Bynajmniej. Bałaś się. Bałaś się, że po tym wszystkim skończy się to, co dla ciebie miało największe znaczenie. Skończą się opierdalanie i wieczna przyjemność.
- Wyjaśnij mi to, Anastazjo, proszę - jeszcze bardziej zacisnęłaś zęby na wardze, słysząc załamanie w głosie matki i jej pociąganie nosem.
- A co tu jest do wyjaśniania? Masz wszystko czarno na białym napisane.
- Chcę tylko wiedzieć dlaczego. Dlaczego znowu wagarujesz, dlaczego spotykasz się z jakimiś chłopakami, o których nie mamy pojęcia, dlaczego palisz i przede wszystkim dlaczego musimy dowiadywać się o tym od wychowawcy, a nie od ciebie.
- Może dlatego, że w ogóle ze mną nie rozmawiacie? - warknęłaś, przybierając ofensywną postawę. - Może dlatego, że obchodzą was tylko oceny i zachowanie, a nie moje szczęście?
- Przecież nigdy tak nie postępowaliśmy, córeczko! - wybałuszyła swe niebieskie oczy, pięściami uderzając o główną fakturę stołu.
- Cały czas tak postępujecie, tylko nie umiecie tego zauważyć. Jesteście tak ślepo zapatrzeni w te swoje cholerne ideały, że już nie potraficie odróżnić, kiedy wasza córka ma problemy, kiedy sobie nie radzi.
- Jak mamy odróżnić, skoro ty nam nic nie mówisz?!
- Bo o nic nie pytacie, w ogóle się mną nie interesujecie! Najlepiej chyba wam przynieść pokwitowanie z najlepszymi ocenami, wtedy będziecie najszczęśliwsi na świecie, prawda? I gówno was będzie obchodziło, ile tak naprawdę wycierpiałam, co przeżywałam, co robiłam poza szkołą!
- Anastazja! - na nic zdało się jej nawoływanie. Uciekałaś, uciekałaś do swojego małego królestwa.
- Daj mi spokój!
Czasami chciałabyś potrafić płakać. Czasami chciałabyś mieć tak kruszącą się psychikę, tak mało asertywności i bronienia własnego zdania. Żałowałaś, że nie byłaś flegmatykiem. Żałowałaś, że nie urodziłaś się ciepłą kluchą z charakteru. Może wtedy byłoby inaczej? Może poprzez intensywne beczenie w każdym możliwym miejscu na kuli ziemskiej stałabyś się w końcu obiektem zainteresowania u rodziców?
Zwiałaś. Wylazłaś przez okno, kiedy awantura na parterze osiągnęła apogeum. Może tym razem, ten jeden jedyny raz, zauważą, że ciebie nie ma? Szanse na to były marne. Ale nadzieja zawsze umiera ostania.
- Dziewczynka do kogo? - zacisnęłaś pięści, słysząc tak przepełnione ironią pytanie. Nie zdziwiłabyś się, gdyby padło ze strony faceta. Ze strony kobiety - owszem.
- Do Michała. Michała Kubiaka.
- Pozwolenie na spotkanie jest? - wkurwiała cię. Wkurwiała cię nie tylko swoim wymyślnymi frazami. Wkurwiała samym bytem.
- Może jeszcze wizytówkę pokazać? Może jeszcze pani bilet skasuje?
- Żebyś się nie zdziwiła, smarkulo.
- Pani również, jak złożę zażalenie.
Zazgrzytała zębami, ale podała ci numer pokoju. Wędrowałaś po schodach, sama nie wiedząc, po co tu przyszłaś. Bo nikt inny nie wprawiał cię w tak dziwne emocje jak Michał? Tak, to chyba dobre wytłumaczenie.
***
zbliżamy się do końca.gładko przyszło, gładko poszło.
ale za to świetnie mi się to pisało, tę historię Michała i Anastazji, chyba pierwszy raz od hen wieków.
o następnym już raczej poinformuję. :)