Kilka mocnych uderzeń we frontowe drzwi. Nie otworzyłeś. Nie dlatego, że nie chciałeś. Bartman cię wyprzedził, znudzony od co najmniej kilkunastu minut. Pogalopował pod wejście błyskawicznie, z takim tempem jak te autentyczne błyskawice za oknem, i pociągnął za klamkę. Nic nie powiedział. Gość po drugiej stronie też nie. Usłyszałeś jedynie donośne stukanie czyiś ciężkich buciorów tuż za plecami. Dopiero woń delikatnych perfum uświadomiła ci, kto zawitał w wasze skromne progi.
Bez żadnych wyjaśnień, zupełnie jak Zbyszek opuszczający niewielki pokój, z namiętnością wpiła się w twoje usta. A ty, nawet początkowo oszołomiony, automatycznie oddałeś żarliwy pocałunek. Mimo iż nie rozumiałeś postępowania swojego serca, mimo iż nie wiedziałeś, dlaczego rozum nie potrafi określić Anastazji jako dojrzewającej dziewczyny, kandydatki na partnerkę, a jedynie jako obiekt pożądania, chodzące zaspokojenie twoich żądz, lubiłeś trzymać ją w ramionach, lubiłeś spijać tę wilgotność z jej warg, poniekąd pomieszaną ze szczyptą cynamonu osadzonego na ich strukturze.
- Pożycz mi trochę kasy - nie prosiła, nie pytała. Odebrałeś to bardziej jako rozkaz. Bynajmniej nie było to zdanie oznajmujące.
- Na co?
- Muszę wyjaśniać? Po prostu potrzebuję.
- Starzy zbankrutowali? - zmrużyłeś złośliwie oczy. Powinno ją to zaboleć. A nie zabolało. Wręcz przeciwnie.
- Dobrze by było, może brak forsy również przyczyniłby się do zainteresowania moją osobą. To pożyczysz?
Nie rozumiałeś. Nie złapałeś kontekstu. Może nie chciałeś? Zagłębianie się w dalsze tajniki życia blondynki w ogóle ci się nie uśmiechało.
- Nadal nie wiem, na co ci ona potrzebna.
- Na wyjazd, Miśku. Na wyjazd w Polskę.
- Zaplanowany, mam rozumieć?
- Powiedzmy. I tak byś nie zatrybił.
- Nawet nie mam ochoty.
Na pewno nie było ci jej żal. Tobie nigdy nikogo nie było żal. Więc dlaczego dałeś jej te cholerne pieniądze? Coś tobą kierowało, coś obcego, dziwnego. Jakieś nowe kurewstwo, którego jeszcze nie zdążyłeś w dosadny sposób poznać.
- Jak mam ci za to podziękować? - rzuciła ci się na szyję, tocząc niebieską wojnę na spojrzenia.
- Wiesz jak.
Zrozumiała. Zrozumiała szybciej, niż mogłeś się spodziewać. I o wiele szybciej uczyniła swoją powinność. Nawet nie zdążyłeś się nacieszyć ciągnięciem za jej długie włosy, niezbyt mocnym biciem po jej słodkiej i obleganej buźce, szeptaniem niesamowicie wulgarnych słów na ucho. Doszedłeś w niecałe dwie minuty. Doszedłeś i padłeś jak długi na łóżko. A ona wyszła, tak po prostu, wpierw szastając jeszcze czymś w okolicy korytarza. Skąd mogłeś wiedzieć, że chodziło jej o resztę twoich oszczędności?
Gdybyś była słodką dziewczynką, najprawdopodobniej przeprosiłabyś rodziców za swoje zachowanie, poprosiła o wybaczenie i wróciła do poprzedniego, zupełnie normalnego trybu życia. Gdybyś była grzeczną dziewczynką, nie poszłabyś do poznanego przed kilkoma dniami chłopaka, nie zażądała pieniędzy i nie doprowadziła jego członka do fazy ekstazy w ramach wdzięczności. Gdybyś była dobrze wychowana, nie wyżuliłabyś, oczywiście bez wiedzy właściciela, jeszcze kilkunastu banknotów. Nie byłaś ani słodka, ani grzeczna, ani dobrze wychowana. Może właśnie dlatego akurat kroczyłaś z pliczkiem zielonych w jednej dłoni, z niezapalonym papierosem w drugiej i smakiem jego nasienia w ustach?
- Matka wie, że puszczasz się na lewo i prawo? - zagrodził ci jedyne wyjście. I tym momencie żałowałaś, że nie zamieszkali w jakimś bardziej ekskluzywnym hotelu, chociażby z windą. Oszczędziłabyś sobie nie tylko problemu. Oszczędziłabyś sobie również patrzenie na jego wygięte w wojowniczym uśmiechu wargi.
- Jeżeli puszczanie się dla ciebie oznacza kontakt fizyczny z tylko jednym facetem w danym okresie czasu, to gratuluję znajomości definicji tego słowa.
Próbowałaś się przecisnąć pod jego ramieniem, próbowałaś go przepchnąć, choć nieznacznie odsunąć od granicy schodów. Na marne. Był za wielki, za silny.
- Nie rób ze mnie idioty.
- Nie muszę, i tak nim jesteś.
Zdenerwowałaś go. Nie, ty go wkurwiłaś, i to tak porządnie. Skutki tego otrzymałaś w postaci mocnego uścisku na nadgarstku i spojrzenia ciskającego pioruny.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?! - naskoczył na ciebie automatycznie, jeszcze bardziej zaciskając palce na zakończeniu twojej dłoni.
- Mogłabym powiedzieć to samo o twoim zachowaniu. Gówno ci do tego, co robię, z kim i po co!
- Faktycznie. Miałbym to w dupie, gdyby chodziło o byle gnojka. A tu chodzi o mojego przyjaciela, nie pozwolę ci zrobić marmolady z jego mózgu! Nie pozwolę ci bawić się jego kosztem!
- Trochę już na to za późno, nie sądzisz? - uśmiechnęłaś się cynicznie, w końcu wyrywając rękę z uścisku. - Poza tym, nie zrobiłam żadnej marmolady w jego słodkiej łepetynce. Nie jest aż tak głupi, aby mi całkowicie ulec.
- Nie? To co w tym momencie zrobił?! Zamienił się charakterem z prezesem Caritasu?!
- Przysługę. Wet za wet.
- Nie wierzę. Nie wierzę, że dał ci tę kasę tak bezpodstawnie, tak z dobroci serca. Nie wierzę, że tak szybko cię do siebie dopuścił.
- To uwierz, kretynie. Uwierz, że jesteśmy tacy sami, że odpłacamy pięknym za nadobne. Uwierz, że jesteśmy bezuczuciowi, że pierdolimy wszelkie miłości, związki i inne tego typu pierdoły.
Uwierzył? Pewnie nie. Ale przynajmniej cię puścił, pozwolił ci odejść. Pozwolił ci wrócić do miejsca, które nazywałaś domem. Przynajmniej do tego dnia.
***
to jest popierdolone, wiem.ale takie miało być już od początku.
coś krótkie wyszło.
jak przyjemnie patrzeć w ekranik laptopa. *.*