czwartek, 15 sierpnia 2013

hipotermicznie - #4.

Chciałeś, aby popołudnia i wieczory szczecińskie trwały wieczność, aby nigdy się nie kończyły. Chciałeś, abyście we dwójkę przyrośli do tego cholernego piasku, wnikającego nawet za fakturę bielizny, aby słońce i nieziemska aura przegoniły narastające na niebo ciemne chmury. Chciałeś, aby jej melodyjny głos non stop tak słodko drażnił twoje bębenki uszne, aby jej usta nieustannie trwały w uroczym uśmiechu, aby włosy tak kusząco muskały szyję i dekolt. Chciałeś się zakochać. Chciałeś się chociażby zauroczyć w dziewczynie poznanej kilkanaście godzin temu. Dlaczego więc twój mózg, ciało, krocze odbierało ją zupełnie inaczej? Dlaczego widziało w niej tylko obiekt pożądania, kolejną zabawkę do kolekcji? Dlaczego umysł nie zmuszał serca do szybszego bicia, krwi do szybszego krążenia, płuc do szybszej wymiany gazowej? Nie wiedziałeś. Nie wiedziałeś, skąd w twoim narządzie odpowiedzialnym za przepływ metalicznej w zapachu krwi taka powłoka, taki brak wrażliwości. Odziedziczyłeś? Bynajmniej. Chyba sam ją sobie wyhodowałeś, polerowałeś kilkoma łatwymi dziewczynami na jedną imprezę, na jeden wieczór.
Pragnąłeś dalej patrzeć na jej osóbkę, tak magicznie poruszającą ustami podczas mówienia o rodzinnych problemach. Pragnąłeś dalej pokrótce streszczać blondynce swój życiorys, pożerając jej w połowie odkryte ciało wzrokiem. Pogoda najwidoczniej nie lubiła twoich pragnień, nie zgadzała się z nimi. A może po prostu była złośliwa, zmuszając natłok chmur do płaczu, wywołując przeszywający wiatr?
Zabrałeś ją do swojego hotelu, tymczasowego miejsca pobytu. Oboje, przemoczeni w każdym procencie i porządnie wymarznięci, wpadliście do twojego pokoju. Nie, nie zwaliła ci się na głowę. Sam jej zaproponowałeś przesiadywanie u ciebie aż do przerwania ulewy. Nie oponowała, w żadnym wypadku. Musiałaby być nienormalna. I to nie dlatego, że odmówiła siatkarzowi plażowemu.
- Zimno mi - wyjąkała, podciągając kolana pod brodę.
Z wielką chęcią patrzyłbyś na jej ułożone w dzióbek usta, ledwie zauważalne szczękające z chłodu zęby, gęsią skórkę ogarniającą całe ciało. Nie zrobiłeś tego. Może jednak miałeś choć resztkę serca, nieprzykrytą jeszcze tą stalową pokrywą?
Wygrzebałeś z szafy, która bez rzeczy Bartmana wyglądała jeszcze jako tako porządnie, bawełnianą bluzę. Przysiadłeś się obok, narzucając na nią ubranie. Znów spojrzałeś na jej boczny profil, po chwili główny. Poczułeś pęcznienie w spodniach, zobaczyłeś niemoralne wizualizacje w głowie. Kusiła cię już od początku. Intrygowała samym bytem, niekulturalną mową. Porażała słowiańską urodą. Nie było w tamtej chwili takiej siły na kuli ziemskiej, która mogłaby cię powstrzymać, która ogarnęłaby twoje pożądanie, wręcz okradła cię z niego, i dałaby porządnego liścia otrząsającego myśli.
Mimowolnie zetknąłeś się swoim nosem z jej skórą twarzy. Mimowolnie przechyliłeś swój czerep, przyklejając się do jej nasączonych ciepłem i wilgocią warg. Mimowolnie rozchyliłeś je językiem, bawiłeś się z jej zębami, podniebieniem. A ona mimowolnie nie protestowała.
Miałeś siedemnaście wiosen na koncie. Ona również. Robiłeś to już kilka razy. Ona również. Jednakże nigdy nie chciałeś zrobić tego tak szybko, nigdy nie byłeś aż tak niezaspokojony, tak napalony, ogarnięty przez młodzieńcze hormony. I chyba to samo mogłeś powiedzieć o niej.
Brakowało ci delikatności, kiedy zrywałeś z niej przewiewną bokserkę i szorty? Brakowało ci delikatności, kiedy praktycznie rozwaliłeś jej ulubiony koronkowy biustonosz, nie wspominając o majtkach tego samego rodzaju? Brakowało ci delikatności, kiedy smagnąłeś ją u nasady uda? Może tak. Ale do jej nawrotu potrzebowałeś protestu. A ona nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Prosiła o brutalniejsze doznania. Prosiła o ból.
Gniotłeś w dłoni jedyną daną ci kołdrę, drugą doduszając jej głowę do twojego członka. Z rosnącą fascynacją, czasami i przygniatającą prawdziwą przyjemność, patrzyłeś na obejmujące go usta, zwinięte palce przemierzające całą jego długość, kosmyki włosów przyklejające się do twarzy od nadmiaru śliny. Automatycznie zachciało ci się wylądować w jej wnętrzu, ocierać się udami o jej tyłek, słyszeć jej jęki, najprawdopodobniej mogące niszczyć fakturę szklanych przedmiotów. I wylądowałeś. Podrażniałeś ją od środka w najbardziej dosadny sposób. Czułeś ścianki jej pochwy, zaciskające się z każdym kolejnym ruchem. Była taka wilgotna, taka słodka. Jej rozsypane na poduszce włosy, zarumienione policzki i przymknięte powieki doprowadziły do finału. Finału, który przeżyliście oboje tak samo, z dodatkowym udziałem kołdry jako głównego zbieracza twojego białego płynu wraz z DNA.

Dla większości deszcz nie był żadną przyjemnością. Wręcz przeciwnie. Nie znosili klejących się do ciała ubrań, poplątanych włosów, spływającego makijażu w przypadku płci żeńskiej. Ty też nie znosiłaś. Istniały jednak takie sytuacje, gdzie spadająca z nieba woda stawała się źródłem ciekawych doznań i mocnych wrażeń. O ile seks siedemnastolatków tak w ogóle można nazwać.
Leżeliście na chłonącej wasz pot pościeli. Noga na nodze, ręka na ręce, brzuch przy brzuchu. Jego nos w twoich włosach. Spazmatyczne oddechy przerywające irytującą ciszę. Obolałe mięśnie, wymęczone ciała. I ta znikająca w ślamazarnym tempie deszczowa melodia.
- Muszę iść - wyplątałaś się spod jego kończyn i przenikającego wzroku. Jeszcze nigdy nie czułaś się tak dziwnie, zarzucając na siebie wcześniej zdjęte, a raczej wyszarpane ubrania.
- Dlaczego? - wyrósł tuż przy tobie. Znów to zrobił. Znów kusił. Kusił magnetycznym dotykiem, tak kurewsko porażającym każdą komórkę twojego ciała.
- Jest prawie dwudziesta pierwsza. Matka mnie z domu nie wypuści przez następny tydzień.
Nie spodziewałaś się z jego strony jakichkolwiek słów pokrzepienia. Był na nie za głupi? Skądże. Chyba duma mu na nie nie pozwalała.
- Przyjdziesz jeszcze na plażę, prawda?
- Mało masz tam kręcących się ludzi?
- Nie w tym rzecz.
- A w czym?
Nie odpowiedział. I chyba nie dlatego, że jego słownik w głowie tymczasowo przestał produkować wyrazy. Cokolwiek by powiedział, wstąpiłoby na zupełnie inną drogę. Na drogę, której już od dawna unikacie.
Nie przytuliłaś go, nie przywarłaś swych spierzchniętych ust do jego warg, nic nie powiedziałaś. Wyszłaś, tak po prostu. Tak jak i wyszłaby twoja oddana miłości babcia, wiedząc, że jej wnuczka wskakuje do łóżka człowiekowi nieobdarzonemu przez nią jakimikolwiek emocjami. Oprócz miksu tych naszpikowanych fascynacją.
- Miałaś być wieczorem - siedziała przy stoliku, sącząc swoją ulubioną herbatę. Piła ją na okrągło. Już nawet jej ślady, maleńkie, koślawe kropki, zagościły na kubku, niezmywalne przez żaden z fenomenalnych płynów do naczyń.
- Dwudziesta pierwsza to jeszcze wieczór - wymijające odpowiedzi to twoja specjalność.
- Miałaś być z koleżankami.
- Byłam.
- Widziałam je na mieście. Bez ciebie.
- Może znalazłam sobie nowe?
- Może znowu mnie okłamujesz?
- Może czas na więcej zaufania do córki?
- Może czas na więcej szacunku do matki?
Zignorowałaś. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Okłamałaś. Także nie pierwszy raz i nie ostatni. I znów tam pójdziesz, znów się z nim spotkasz. Chociaż sama nie wiesz po co. Brakuje ci nowych wrażeń? A może po prostu kogoś, kto życie postrzega tak jak ty? Kogoś, kto nie wierzy w miłość, w tę całą sztuczną otoczkę i zachwyt wokół niej? A może po prostu jesteś małoletnią, bezuczuciową suką, która do egzystencji potrzebuje skurwiela w identycznym wydaniu?

***
współczesna młodzież mnie przeraża.
ale tak czy siak zamieniłabym się z nimi liczbą oczek na koncie.

muszę w końcu przysiąść na dupie i nadrobić wszystkie zaległości, bo znów nazbierała mi się ich cała masa.