- Zajebista, nie? - Bartman zmaterializował się obok ciebie, intensywnie mieląc banana zębami. - A tak cholernie chciało mi się pograć.
- Myślałem, że od niedawna wolisz pukać Paulinę niż piłkę od siatkówki, że tylko to wychudzone babsko się liczy - uśmiechnąłeś się ironicznie. Lubiłeś trafiać w czułe punkty.
- To miało być śmieszne? - widziałeś kątem oka, jak machinalnie wypycha żuchwę do przodu ze złości, ciskając wzrokiem pioruny. Zawsze tak robił. I zawsze z takim samym skutkiem. Kontrofensywą. - Wychudzona? Sam wczoraj podrywałeś chodzący szkielet z miotłą na głowie o kolorze blond!
- Anastazja ma coś takiego w sobie, co nie pozwala skupiać się tylko na szczupłości.
- Fajki w kieszeniach i darmową autostradę między nogami?
- Twój damski odpowiednik, nie sądzisz?
Zamilknął. Może nie dlatego, że trafiłeś w samo sedno. Chyba po prostu zabrakło mu argumentów. Przynajmniej takich, które nie odwróciłyby się przeciwko niemu. Patrzyliście w ciszy, przerywanej jedynie przez jego spazmatyczne oddechy i twoje wyłamywanie palców, na pioruny przecinające niebo, ogromne krople deszczu wręcz drążące dziury w liściach najbliższego drzewa i niszczące fakturę parapetu, na silny wiatr wprawiający w egzotyczny taniec wszelkie delikatne roślinki z hotelowego ogrodu.
- Może wyskoczymy na miasto? I tak dzisiaj sobie nie potrenujemy - sam nie wiedziałeś, czy jego pytanie było ukojeniem, czy nową katorgą.
- Przecież mamy wodospad na zewnątrz, imbecylu, jak ty chcesz szlajać się po Szczecinie?
- Kto powiedział, że będziemy bujać się po ulicach i z rozdziawionymi mordami oglądać wystawki? - wyszczerzył się w charakterystyczny dla siebie sposób, taki, który znałeś już na pamięć i mogłeś powtórzyć obudzony w środku nocy. - Wyskoczymy sobie do jakiegoś klubu, co ty na to?
- Żeby Paulinka kleiła się do ciebie w każdej możliwej milisekundzie? Nie, dzięki, już mam dość powodów do notorycznego rzygania po tutejszym wyżywieniu.
- Paulina wróciła do Warszawy - ta fraza krążyła po twojej głowie kilkukrotnie, odbijając się od budowy czaszki. - Nie może na okrągło ze mną siedzieć, ma szkołę. Idziemy tylko we dwójkę.
- I we dwójkę wrócimy? - uśmiechnęliście się znacząco. Tak jak za dawnych miesięcy.
- Tego ci zapewnić nie mogę. Wiesz, co masz robić?
- Nie mówić Pauli?
- Jednak znasz mnie jak nikt inny.
Znowu robiło ci się niedobrze. Nie, tym razem nie dlatego, że kobieta od zdrowego wyżywienia o cyckach w rozmiarze D wmuszała w ciebie tak rażącą po oczach zieleninę. Nie dlatego, że Bartman przelizał się z jakąś całkiem niezłą rudą o piegowatej twarzy i bynajmniej nie była to Paulina. Robiło ci się niedobrze na widok tych wymalowanych jak trzydziestolatki małolat ze skarpetkami w stanikach, na niebotycznie wysokich obcasach, wprawiających je podczas wykonywania choćby najmniejszego kroczku w dygotanie, i z ciałem odkrytym w co najmniej siedemdziesięciu procentach. Sam zacząłeś się zastanawiać, czy trafiłeś do klubu, czy do burdelu. A wyobraźnia i serce coraz bardziej skłaniały się ku drugiemu.
- Też masz wrażenie, że te wszystkie dookoła wyglądają jak sprzątnięte z najbliższej autostrady szmaty?
Chyba tylko to wystarczyło ci do poprawy humoru. A może raczej osoba, która te słowa wypowiedziała?
- Ana, i tak wiem, że nic lepszego nie masz do roboty.
- A może mam? Uwielbiam patrzeć na deszcz niszczący roślinki mojej matki, nie wiedziałeś?
- To miał być żart?
- Mam specyficzne poczucie humoru.
- Zauważyłem. To jak?
Ze zmrużonymi oczami wpatrywałaś się w ekran monitora. Dlaczego byłaś taka uparta? Dlaczego nie dawałaś losowi szansy? Dlaczego nie chciałaś dać się gdzieś wyciągnąć największemu przystojniakowi szkoły, chłopakowi, na widok którego co najmniej osiemdziesiąt procent dziewczyn dostawało nadmiernego produkowania śluzu w pochwie? Nie wierzyłaś w przeznaczenie? Nie wierzyłaś w miłość? Wiedziałaś, że to tak na chwilę, że równie dobrze jutro można dzień dzisiejszy określić jako sen, jako coś, czego tak naprawdę nigdy nie było?
- Przecież pada.
- Wyprodukowali cię z cukru? Spokojnie, nie będę ciągnął cię po parku czy innych miejscach na świeżym powietrzu. Może jakiś klub?
Westchnęłaś głęboko, tak głęboko, że aż poruszyłaś kartki leżące na nasadzie biurka. Co ci szkodziło? Wianka nie utrzymałaś do ślubu, nie musiałaś się obawiać o podejście Mateusza od, dosłownie, dupy strony. Kontakty z facetami, rozmaitego pokroju, nie wprawiały cię w zakłopotanie, nie stawałaś się ciepłą kluchą. Może bałaś się, że jemu choć trochę zależy, a ty nie będziesz potrafiła się zaangażować?
- To taki jednorazowy wypad, nie?
- Tego ci nie powiem.
- Nie chcę związku, nie chcę tej gównianej, miłosnej otoczki.
- Nikt nie każe nam wchodzić na gorący teren.
- Okej, zgadzam się. "Impresja"?
Gdyby ktoś patrzył na ciebie z boku, z zupełnie innej perspektywy, mógłby pomyśleć, że wyrwałaś się ze szpitala psychiatrycznego, ewentualnie naćpałaś się tak porządnie, aby suszyć zęby do blatu i palcami brodzić w różowym drinku o skomplikowanej nazwie. Odwaliło ci? Niezupełnie. Może i pochłonęłaś kilka procentowych napojów, może i mruczałaś do wyłożonej przed nosem dębowej deski, ale na pewno nie rzuciło ci się na psychikę. Cieszyłaś się. Cieszyłaś się, że Mat jest twoim męskim odpowiednikiem, że nie zwraca całej swej uwagi na ciebie. Potańczyliście, pogadaliście, pośmialiście się. I na tym finito. W końcu nikt nie zakazał mu robić tego samego z czwartą dziewczyną tego wieczoru, czyż nie? A tobie zdecydowanie było to na rękę. Tym bardziej po zauważeniu potencjalnego kochanka, kogoś, kto wzbudzał w tobie najbardziej sprzeczne emocje.
- Też masz wrażenie, że te wszystkie dookoła wyglądają jak sprzątnięte z najbliższej autostrady szmaty? - bąknęłaś, starając się nie zaciągać pijacko.
Patrzył na ciebie z dziwnymi iskierkami, ponownie włączył miernik w oczach, obejmując nim całe twe ciało. Błyskawicznie musnął twój policzek ciepłymi wargami, pozwalając ci wyczuć delikatną woń wódki pomieszanej z colą. Sama nie wiedziałaś, czy to było zamierzone, czy nie trafił w twoje usta.
- Dlaczego ostatnio się nie pożegnałaś?
- A musiałam?
- W zasadzie to nie.
- Dlaczego o gest pożegnalny nie poprosiłeś, skoro tak ci na tym zależało?
- A musiałem?
- W zasadzie to nie.
Wszystko dookoła wirowało, ludzie, bar, fotele, malutkie stoliczki. Tylko wy staliście w miejscu, ledwo zauważalnie chwiejąc się na nogach, wpatrywaliście się w swoje usta, nosy, uszy, szyje, cokolwiek, co można liznąć, possać, pobawić się.
- Pocałuj mnie - mruknęłaś. Jego ciało tak przyjemnie ocierało się o twoje, wywoływało rozkoszny ból.
- Nie tutaj - twoje sapnięcie mogłoby obudzić umarłego, gdyby tylko nie zagłuszyła go muzyka. Oderwałaś się od jego warg, wzięłaś w obie ręce jego dłoń i poprowadziłaś nieco krętą drogą między swoje uda. - Tutaj.
Pocałował, wielokrotnie. Nie w miejscu publicznym, nie na parkiecie. W obskurnej toalecie. Choć i ją można było jako takie miejsce określić. Bo zapewne twój krzyk usłyszało o wiele więcej stapiających się z podłogą osób, niż gdyby to miało miejsce wśród tego nasyconego potem i perfumami tłumu.
***
powinno mnie to przerażać, to, co tutaj bezustannie klecę.powinno, gdyby czasy były inne, a młodzi nie pili, nie palili i nie pieprzyli się na lewo i prawo.
przynajmniej statystycznie, bo wiem, że nie każdy taki jest.
nie mam laptopa, nie informuję.